Postanowiłem, że będę najlepszym ojcem, jakim mogę być

Tym razem o tym jak to się robi, by być #TataNieFajtłapa rozmawiam z Nikodemem Sadłowskim prowadzącym bloga Rock Daddy, taty Maxa i Livii. Jest autorem książki “Słowo na A”.

O podstawach

Magda: Pierwsze pytanie może wydawać się retoryczne, ale jednak poproszę o odpowiedź. Czy umiesz zmienić pampersa?

Nikodem: (śmiech) Tak, umiem zmienić pampersa. Długie lata [do końca maja 2018 roku – przyp. AM] pracowałem w przedszkolu, bo jestem z wykształcenia panem przedszkolanką. Zmieniałem ich dziennie od 10 do 30, a nawet więcej. W grupie były dzieci, które właśnie przechodziły z pieluch na niepieluchowanie, więc moczenie i inne takie wypadki były na porządku dziennym. Tak, umiem zmienić pieluchę. Potrafię to zrobić jedną ręką.

Jedną ręką? Jestem pod wrażeniem. Nauczyłeś się je zmieniać z racji wykształcenia czy już wcześniej, przy swoich dzieciach?

Uczyłem się na swoich dzieciach, bo studia zacząłem po odchowaniu drugiego dziecka. Max jako autysta korzystał z pieluch do czwartego roku życia, tak więc było dużo zmian. Z początku przychodziło mi to z trudnością (zdarzyło mi się założyć pieluchę tyłem do przodu, a raz nawet w ogóle odwrotnie), bo dzieciaki czują, że tata to jest taka osoba bardziej do zabawy niż taka, która się opiekuje. Zresztą istnieją badania, które pokazują, że już nawet tygodniowe dzieci są w stanie stwierdzić, czy trzyma je i przytula mężczyzna czy kobieta. Mężczyźni trzymają dziecko przodem do świata, odkrywając im świat. Kobiety – zawsze twarzą do siebie, czyli tak bardziej opiekuńczo.

Czy jesteś ewenementem wśród swoich znajomych, jeśli chodzi o zajmowanie się dziećmi, zaangażowanie się w ojcostwo?

Trudno mi odpowiedzieć, bo nie patrzę w ten sposób, nie oceniam innych ojców. Wierzę, że każdy stara się być w tym jak najlepszy. Ja staram się być bardzo świadomym ojcem, właśnie dlatego, że jestem wykształconym panem przedszkolanką dla dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Staram się korzystać z tego, czego się nauczyłem, i z tego, czego uczę się na co dzień. Cały czas edukuję się w różnych tematach. Dlatego nie uważam, że jestem ewenementem, po prostu – z racji tego, że mój syn ma autyzm i wiele przeszliśmy – postanowiłem sobie, że będę się dokształcał i że będę najlepszym ojcem, jakim mogę być. Robię to tak naprawdę dla siebie i dla moich dzieci. A inni ojcowie? Mam znajomych dzietnych i bezdzietnych i widzę, że nikt nie jest idealny, ja też nie jestem. Staram się nie oceniać. Kiedy ktoś zapyta mnie o radę, to chętnie odpowiem, ale staram się nie komentować, nie narzucać swojej wiedzy. Wiem, że w tych czasach coraz więcej mamy świadomych ojców i to jest piękne, bo zmieniają się stereotypy. Kiedyś było tak, że to ojciec był głową rodziny i zarabiał na jej życie. Teraz, jeśli kobieta chce iść za karierą, a jej facet się z tym zgadza i chce zostać w domu, to też jest piękne. Ważne, by spędzać z dzieckiem tyle czasu, ile potrzeba, i nie ma znaczenia, czy robi to mężczyzna czy kobieta.

Od kiedy wiedziałeś, że będziesz takim zaangażowanym ojcem? Odkąd dowiedziałeś się, że będziesz miał dziecko? Czy było to związane dopiero z diagnozą Maxa?

Już wcześniej byłem może nie aż tak bardzo świadomym ojcem, ale na przykład starałem się być na wszystkich USG. Zawsze byłem w domu, gdy przychodziły pielęgniarki środowiskowe. Dziwiły się, że jestem, że biorę udział w dyskusji, a nie wychodzę do kuchni albo do ogródka na papierosa. Zawsze byłem wsparciem, uczestniczyłem w obydwu porodach, przecinałem pępowinę moim dzieciakom. Samo to wzbudziło we mnie taką “ojcowską chęć bycia”. Tak więc starałem się zawsze. A później, gdy okazało się, że Max ma autyzm, to jeszcze bardziej się zaangażowałem. Wiem, jak wiele pracy to wszystko kosztuje, bo jest to jednak sytuacja zmieniająca życie. Niektórzy się załamują, niektórzy przechodzą przez depresję. Ja chciałem jak najbardziej pomóc mojej żonie, robić swoją robotę, być ojcem.

O stereotypach

Skąd w takim razie biorą się te dowcipy, w których ojciec nie wie, do której placówki ma zawieźć dziecko, bo zwykle robi to żona? Skąd się biorą takie “ojcowskie fajtłapy”?

Kiedyś o tym pisałem. Przez pierwsze trzy lata życia dzieciaki są mocno “przejęte” przez mamę. Mamy robią wszystko i często jest tak, że budują wokół siebie taki mur: “Ja wiem lepiej, zostaw!”, nawet jeśli ojciec ma dobre intencje. Jeśli widzą, że sobie nie radzi, nie dają mu szansy na wykazanie się. Słyszy tylko: “Zostaw, ja to zrobię, ty idź zrobić tamto”. Ojcowie nawet nie mają okazji czynnie zajmować się dzieckiem, tylko zwyczajnie każe im się robić coś innego. To stereotyp, że ojciec musi dbać o finanse, wybudować dom i zasadzić drzewa, a te wszystkie rzeczy związane z bliskością, na których mnie osobiście bardzo zależy, są zostawione dla mamy. Jeśli ojciec jest świadomy, jeśli uczy się na przykład z książek jeszcze przed narodzeniem dziecka, jeśli rozmawia ze swoją partnerką, to już na starcie może być wygrany, bo nie będzie wykluczany, tylko od razu zaangażowany w opiekę nad dzieckiem. Miałem taką sytuację z moim bratem, która mnie rozbawiła. Powiedział mi, że jak mu się urodził pierwszy syn i przynieśli go ze szpitala do domu, zapytał swojej małżonki: “To kiedy ja się będę z nim bawił?”. Bo myślał, że syn już od razu będzie responsywny, że będzie odpowiadał na jego uśmiechy, że będzie z nim miał jakąś interakcję, chociaż jedną prostą zabawę, np. że on będzie coś mówił, a dziecko będzie się śmiało. (śmiech) Uświadomiłem go: “Chłopie, za trzy lata to się może tak z nim pobawisz”. Ale skąd miał to wiedzieć? Facetów zawsze się zostawia na uboczu. W szkołach też się tego nie uczy. Matki opowiadają córkom, jak to jest być mamą. To również kwestia tego, w jakich czasach się wychowywaliśmy. Ja jestem rocznik ’81. Wychowywano mnie w chłodny sposób, nazywało się to „zimny chów”. I tak było, że facet ma być twardy, nie płakać, być mężczyzną, podporą rodziny. A kobieta to kobieta. W dzisiejszych czasach na szczęście to wszystko się odwraca, zmienia, każdy ma równe prawo do wszystkiego. I facet też będzie miał kiedyś równe prawo do uczenia się bycia ojcem.

Dad’s Worker

Teraz pracujesz jako Dad’s Worker. Czy w problemach, z którymi zgłaszają się do Ciebie ojcowie, widać to wcześniejsze stereotypowe wychowanie, te powielane schematy?

Tak, pracuję jako Dad’s Worker. Zajmuję się wspieraniem ojców. Zawsze zaczynam od zbudowania relacji z ojcem. Często są to ojcowie, którzy sami mieli jakieś przejścia w dzieciństwie, których wychowanie pozostawiało wiele do życzenia. Ale zdarzają się też mężczyźni, którzy po prostu nie wiedzą, jak się do tego ojcostwa zabrać. Więc jest szeroka gama. Każdy ojciec ma swoją historię, jakieś swój może nie problem, ale wyzwanie. Ważne, by ich przede wszystkim wysłuchać i zobaczyć, w czym można pomóc. Nie jestem tam, by coś za nich zrobić. Jestem po to, by ewentualnie wskazać drogę, czy po prostu odpowiedzieć na pytania. W zasadzie mam nadzieję, że to oni sami odpowiadają sobie na pytania, rozmawiając ze mną.

Co mówisz ojcom, którzy wiedzą, że chcą pracować nad swoim ojcostwem? Od czego warto zacząć?

To sprawa indywidualna. Najpierw rozmawiam z ojcem o jego relacji z dzieckiem czy z dziećmi, tymi dorosłymi też. Zwykle trwa to kilkanaście tygodni. Spotykamy się raz w tygodniu, poznajemy się i rozmawiamy o tym, jakie dany ojciec ewentualnie ma trudności. Czasami brakuje mu kontaktu z dzieckiem, czasem ten kontakt jest utrudniony, chciałby mieć dobrą relację, a dziecko nie chce – są różne przypadki. Bazując na tym, układamy plan tego, co mogłoby się zmienić. W mojej pracy najważniejsze jest dziecko. Owszem, pracuję z ojcem, ale beneficjentem ma być dziecko, to jakość jego życia ma ulec poprawie.  Dlatego później zaczynam drążyć. Dzwonię do przedszkola, czasem rozmawiam z pielęgniarką środowiskową. Pytam o opinie, o to, co zauważają, gdzie jest jakieś pole, na którym można by coś poprawić. Dodając to do wywiadu z ojcem, uzyskuję pełen obraz. Wtedy zadaję pytanie: “Gdyby twoje dziecko umiało mówić (to w przypadku dzieci 0-3 lat) i było rozwinięte słownie, to jakby cię opisało jako ojca?” W tym momencie często się okazuje, że poza tym, że jest fajny, nie ma o sobie zbyt wiele do powiedzenia. Bo nie spędza z dzieckiem czasu, a jak już spędza, to tak nie za bardzo – tylko oglądając jakieś bajki. Wtedy ojcowie uświadamiają sobie, że tak naprawdę to niewiele robią ze swoim dzieckiem jako ojciec. Później zadaję całą masę innych pytań. Pozwalają one rodzicom pomyśleć, zastanowić się. Z mamami też pracuję, z całymi rodzinami. Często zadaję jedno z tych pytań, które codziennie zadaję sobie, ważne dla mnie jako ojca: “Jakim ja jestem ojcem?” I wtedy sobie odpowiadam, że jeszcze mogę zrobić to czy tamto. A kolejne pytanie, które jest mega ważne dla mnie jako ojca i jako pomoc innym brzmi: “Jak chciałbym, by moje dziecko opisałoby mnie za pięć czy dziesięć lat?” To jest bardzo mocne pytanie. Jeśli za dziesięć lat powiedzą: “No, tato, jesteś fajny, bo jesteś moim tatą”, to słabo, nie? Mnie zależy na tym, by dzieci za dziesięć lat powiedziały o mnie pozytywne rzeczy.

Ojcowskie marzenia

A o czym Ty marzysz jako ojciec?

Nie wiem, czy wiesz, że od półtora roku [ponad dwóch lat – przyp. AM] nie mieszkam już z mamą moich dzieci. Wychowujemy je metodą, którą w Polsce nazywa się “opieką naprzemienną”.Te dwa słowa dla mnie nie pasują, bo robią ze mnie opiekuna a nie rodzica. A przecież cały czas pozostaję rodzicem, nic się nie zmienia. Moje dzieci mają dwa domy, mieszkają u mnie 3–4 noce w ciągu tygodnia, mają swój pokój – właśnie teraz moja córka sobie tańczy – po pracy jadę po nie, zabieram do siebie i rano przed pracą odwożę je do szkoły. Ja to na swoje potrzeby nazwałem współrodzicielstwem. Uważam, że to bardzo pozytywnie nacechowany termin. Moje dzieci są dla mnie priorytetem. A jakie marzenie? Żebyśmy tak dalej potrafili z moją byłą żoną dogadywać się, jeśli chodzi o dzieci. Żeby moje dzieciaki były szczęśliwe. Nie odczuwają naszego rozstania tak naprawdę, widzą mnie praktycznie codziennie. Życzę sobie, żeby zawsze było tak samo, żebyśmy mieli taki wspaniały kontakt. Powiem ci szczerze, że u mnie w domu było inaczej. Często się słyszało: “Tata jest zmęczony, tata coś tam…”. Ja, kiedy nie mam swoich dzieci, to za nimi tęsknię. A kiedy są – zazwyczaj mam je w poniedziałki na noc, w środy na noc i później w weekend na całe dwa dni – to potrafię docenić to, co mam i zaplanować coś wspólnego do zrobienia, na przykład jakiś balet, taniec. Te momenty są dla mnie więcej warte, bo wiem, że muszę je wykorzystać jak najbardziej pozytywnie. I mam nadzieję, że za dziesięć lat, kiedy moja córka będzie miała kilkanaście lat, a mój syn osiemnaście, nie będę dla nich obciachowym ojcem, tylko raczej kumplem. Marzę, by cały czas polepszać relację z dziećmi, żebyśmy zawsze potrafili o wszystkim ze sobą rozmawiać .

Czyli paradoksalnie to, że rozstałeś się z żoną, wpłynęło jakościowo na twoją relację z dziećmi, dlatego że czas z nimi jest ograniczony?

To jest tak, jak ktoś mi kiedyś powiedział: „Tak się zachowujesz, bo masz te dzieci ciągle, a nie jesteś takim weekendowym tatą”. Nie osądzam weekendowych tatów. Nie wiem, jakie mają życie, jaką mają pracę. Moja praca pozwala na branie dzieci co drugi dzień, bo pracuję od dziewiątej do piątej. Gdybym pracował wieczorami, to byłaby inna sytuacja. Ale nasze rozstanie poprawiło nie tyle jakość życia, ale relację między nami, bo doceniam to, co mam. Wiadomo – każdy jest czasami zmęczony, dzieciaki też miewają gorszy dzień, ale ogólnie jest rewelacyjnie.

Ojcem być

Jeśli pozwolisz, zapytam jeszcze o same początki. Czy od razu mieliście ustalony podział obowiązków w opiece nad dziećmi, czy dogadywaliście się na bieżąco?

U nas była taka klasyczna sytuacja, że ja pracowałem, a żona była na macierzyńskim, więc to ona w dużej części organizowała życie domowe. Pamiętam, że kiedy Max miał miesiąc lub dwa, jeszcze był karmiony piersią, żona musiała pojechać na kilka dni do Polski i zostałem sam z parotygodniowym dzieckiem. Dla niej był to większy stres, czy sobie poradzę. Ja czułem się bardzo pewnie. Ale było również tak, że to ja często wstawałem w nocy do dzieci. Jakoś tak automatycznie wychodziło, że dzieliliśmy się obowiązkami. Pracowałem fizycznie pięć dni w tygodniu na różne zmiany, więc będąc w pracy, nie mogłem zajmować się dziećmi. Ale zawsze starałem się wesprzeć swoją żonę. Dbaliśmy również o to, by nasze głowy były wypoczęte, Dlatego dwa razy do roku pozwalaliśmy sobie na wyjazdy, ja na tydzień i żona na tydzień, byśmy mogli odpocząć od siebie nawzajem i od dzieci. Z racji tego, że mieszkamy na emigracji, nie mamy takiej możliwości, by podrzucić babci dzieciaki na weekend czy nawet na wieczór, by pójść do restauracji. Chodziliśmy do restauracji bez dzieci raz w roku, gdy teściowa przyjeżdżała. Dlatego właśnie tak się umawialiśmy, że wyjeżdżaliśmy sami, po prostu w siną dal, żeby odpocząć od wszystkiego. Myślę, że to pokazuje, że między nami był związek partnerski.

Podsumowując – jedna rzecz to dogadanie się z drugą połową, żeby nie było tak, że mama z obawy, że tacie nie wyjdzie, chce robić wszystko sama. Ale ze strony taty też musi być jakaś gotowość, żeby się w to zaangażować, bo to wygodna wymówka: “Ja chciałem, ale się nie zgodziła, więc idę na piwo”.

Oczywiście. Badania przeprowadzone na młodych mężczyznach, którzy w wieku 15–16 lat zostali ojcami, wykazały, że nawet po 20–22 roku życia nie identyfikują się oni z rolą ojca. Nie mają świadomego poczucia odpowiedzialności za drugą osobę. Często to mamy zajmują się wszystkim w domu, a mężczyzna jest gdzieś tam z boku i żyje swoim życiem. Po kilku latach nagle okazuje się, że on nic nie wie, np. do jakiego lekarza dziecko chodzi itd. Trzeba już na etapie edukacji, w szkole, rozmawiać o tym, że taki stereotyp nie jest dobry. Widać też, że wielu ojców nie ma właściwego wzoru. Jeśli masz tatę, który jest zaangażowany, to też będziesz zaangażowany. Jeśli twój tata jest ciągle w pracy, w piątek wypija z kumplami piwko, a w sobotę łaskawie idzie z tobą na spacer, to jaki ty możesz mieć wzorzec ojcostwa? Taki właśnie, jaki widzisz u siebie. Jest duża szansa, że będziesz robił tak samo, o ile nie pomyślisz i świadomie nie podejmiesz decyzji.

Wzorzec ojca

To też jest istotne, że nawet jeśli nie miało się właściwego wzorca, nie zaprzepaszcza to szansy na bycie dobrym ojcem. Może być trudniej, ale nadal jest to możliwe.

Oczywiście to kwestia dotarcia do odpowiedniej pomocy lub pomyślenia: „Nie chciałbym tak wychowywać swoich dzieci”. Dziś wielu facetów mówi: „Mój ojciec całe życie pił i bił. Nie chcę, żeby moje dzieci się tak wychowywały. Wiem, czego nie chcę”. Ważne też, żeby mieć świadomość tego, co się chce dać dziecku. Bo wiadomo, że jak się nie będzie piło i biło, to świetnie…

… tylko co zamiast tego?

Dokładnie, trzeba dać także coś od siebie. Trzeba zainwestować wiedzę, swój czas, świadomie słuchać dzieci. Uważam, że największą wartością oprócz czasu, który spędzamy z naszymi dzieciakami, jest słuchanie ich i odpowiadanie na ich potrzeby. Rodzice myślą często, że dzieci są ich własnością. A to jest związek oparty na partnerstwie. Wiadomo, powinniśmy być autorytetem, ale nie możemy tego autorytetu źle wykorzystywać.

Dzieci to po prostu odrębne ludzkie istoty i tak jak my, dorośli, mają swoje potrzeby.

I prawa, oczywiście.

Szukam odpowiedzi na pytanie, skąd się biorą zaangażowani ojcowie. Dlatego tym razem rozmawiam nie z mamami, ale z mężczyznami, żeby poznać męski punkt widzenia. Bo to mężczyźni są tatami.

W naszej organizacji mamy kontakt z lekarzami i pielęgniarkami środowiskowymi. Właśnie te osoby, przychodząc do domu świeżo upieczonej mamy, w ogóle nie pytają o ojca. Jeśli przychodzi specjalistka od pomagania mamie, to pomaga tylko mamie. A potem, gdy w domu dzieje się coś złego, mówi się: „nie wiemy, co się dzieje z ojcem”. To dlatego, że gdy przychodzą w normalnej sytuacji, nigdy nie zapytają, czy jest tata i jak się ma. Niedawno udowodniono, że ojcowie też przechodzą depresję poporodową – bo presja otoczenia, bo pieniądze trzeba skądś wziąć. To jest właśnie ten stereotyp – muszę pracować. Jeśli nie będziemy zmieniać tych stereotypów, to sytuacja się nie zmieni. Do zeszłego roku przychodzące do domu listy w sprawie szczepień czy wizyty dziecka u lekarza były u nas adresowane do mam, więc ojciec uznawał, że jego to nie dotyczy. Kiedy teraz na kopercie widnieje napis “rodzic” albo “opiekun”, ojciec czuje, że to również jego odpowiedzialność, To są tak proste rzeczy, a mają wielki wpływ na życie dziecka. Jeśli ojciec czuje się zaangażowany, to dziecko lepiej się wychowuje. Więc od tego trzeba zacząć – od takich małych zmian, które mają ogromny efekt.

Jak widać wystarczy zmienić drobną rzecz w procedurze, by wpłynąć na sposób postrzegania odpowiedzialności, jaką się bierze za dziecko. To nie jest tylko sprawa mamy, lecz także moja, bo ja też jestem rodzicem.

Oczywiście. Ojciec jest w 100% rodzicem tak jak mama. I ważne jest, by był włączany w to, w co powinien być włączany. To naturalne.

Na koniec chciałam zapytać, czego Ci życzyć z okazji Dnia Ojca.

Nie wiem. Jako tata chyba wszystko mam. Może więcej czasu dla dzieci. A z drugiej strony kocham swoją pracę tak, że nie chciałbym mniej pracować. Hmm, może żeby doba miała 48 godzin. Wtedy będę miał więcej czasu dla dzieci i jeszcze więcej czasu na pracę.

To tego ci życzę. Daj znać, jak ci się uda to osiągnąć – myślę, że Nobla dostaniesz wtedy od ręki 😀 Bardzo dziękuję za rozmowę.

Ja również ci dziękuję.

Przeczytaj też pozostałe wywiady: z Krystianem Hanke autorem Projekt Tata 3 i Tomkiem Smacznym z bloga Tasty Way of Life

zdjęcie: Image by blanca_rovira from Pixabay

4 Replies to “Postanowiłem, że będę najlepszym ojcem, jakim mogę być”

  1. Byłoby wspaniale mieć obok siebie faceta, który chce być zaangażowany w rodzicielstwo. Nie zawsze tak jest, że faceci są spychani. Naprawdę, wciąż wielu ojcom po prostu się nie chce. Dlatego jestem pod wrażeniem tego Pana i co robi dla innych ojców. Cudownie, że są tacy ludzi i że są tatusiowie, którzy chcą skorzystać z takiej usługi i być świadomymi ojcami. Brawa dla nich.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.