Bycie tatą fajtłapą się nie opłaca

Są ojcowie, którzy nie wiedzą, w którą stronę założyć śpiochy swojemu dziecku. Są tacy, którzy nie wiedzą do jakiej placówki chodzą ich dzieci. Są ojcowie, którzy stają się bohaterami skeczu Joanny Kołaczkowskiej – “Pralka” i rysunków satyrycznych.
Są też tacy, którzy od początku angażują się w opiekę nad dziećmi. A gdy te podrosną, pasjami… lubią z nimi rozmawiać i spędzać z nimi czas. Jak to możliwe? Skąd ten rozdźwięk?
Oto rozmowa, którą odbyłam z Tomaszem Smacznym w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie skąd się bierze #TataNieFajtłapa?

Tomasz Smaczny, ciekawy tata półtorarocznej Tosi. Popularyzuje filozofię rodzicielską RIE (czytaj raj) i zaangażowanego ojcostwa TastyWayOfLife.com. Pomysłodawca pierwszego niezależnego programu dla świeżo upieczonych rodziców
Pierwsze100dnizMaluszkiem.pl

O podstawach

Magda: Do pierwszego pytania poczyniłam założenie, że umiesz założyć pieluchę i to w odpowiednią stronę.

Tomasz Smaczny: Tak, umiem to zrobić (śmiech).

Jakim cudem posiadłeś tę umiejętność? Czy musiałeś skończyć jakiś specjalny kurs? Jak długo się tego uczyłeś? 😀

Pamiętam, że pierwszą pieluchę założyłem jeszcze w szpitalu. Moja żona leżała w łóżku po cesarskim cięciu, nie mogła się podnosić. Przyszła pani położna i powiedziała „dobra, tata, zakładaj pieluchę”. Wtedy był ten pierwszy raz. Inna sprawa, że byliśmy wcześniej z żoną w szkole rodzenia – tam też ćwiczyliśmy. Ale teraz mam świadomość, jak inaczej ćwiczy się na lalce, a jak inaczej jest „ćwiczyć” na żywym organizmie. Byłem bardzo przejęty, ale pod okiem pani położnej pierwszy raz założyłem pieluchę – na pewno dobrze.

Pytania mogą wydawać się absurdalne, ale przyszły mi do głowy na podstawie różnych postów, które czytałam. „Mąż założył body na rajstopki”, „mąż założył starszemu dziecku ubranko młodszego”. Zastanawiam się, jakim cudem istnieją ojcowie, którzy jednak wiedzą, o co chodzi?

Ciekawy jest kontekst tego, o czym mówisz. Przeczytałaś w postach, że faceci robią takie rzeczy. Myślę, że pojawia się tu kilka ciekawych wątków. Po pierwsze – jak komentują to same panie? Bo mam czasami wrażenie, że one trochę traktują tych mężczyzn jak dzieci. Z taką pobłażliwością, z humorem, „ojejku, zdarzyło mu się, jaki biedny żuczek, bo założył body odwrotnie, ha ha ha”. Nie wiem, czy ty też miałaś wrażenie, że jest to komentowane w takim kontekście.

Tak, to prawda.

No właśnie. I tutaj od razu dochodzimy do odpowiedzi na twoje pytanie, dlaczego tak się dzieje. Myślę, że jest to ważna rzecz, choć może wydawać się trochę kontrowersyjna. Po prostu panie na to pozwalają. Mamy bardzo naturalnie wchodzą w swoją rolę, zwłaszcza jak jeszcze karmią piersią. Od samego początku są blisko dziecka. A tata od początku jest na drugim planie. On często czeka na to, co powie mu żona. Taka strategia może prowadzić na manowce, ale tak się właśnie dzieje. Myślę, że mama naturalnie jest liderem nie tylko dla dziecka, ale także dla ojca. Jeżeli ona nie zaprasza go do tego, żeby coś zrobił, żeby przewinął, nakarmił, ubrał, rozebrał, to ojciec się temu biernie poddaje. I choć rodzice startują z podobnym poziomem, jeśli chodzi o czynności manualne, to potem mama szybciej wszystkiego się uczy. Z czasem różnica w tych umiejętnościach jest już taka, że często mama nie chce już ojca w nic włączać.

Bo ona zrobi lepiej?

Bo ona zrobi to lepiej, bo boi się, że ojciec zrobi to źle, bo on zrobi wolniej, a ona nie ma czasu.

Pozwól, że zadam w tym miejscu trudne pytanie. Czy to znaczy, że Ciebie żona też musiała zapraszać do tego, byś zmienił pieluchę, byś przewijał i ubierał? Dopiero wtedy to robiłeś? 😀

Wiesz, ja nie mam innego doświadczenia. Ona po prostu tego ode mnie wymagała. Tutaj nie było alternatywy (śmiech). Tzn. ja chciałem być zaangażowanym ojcem. Pytanie – na czym to polega? Na początku też tego nie wiedziałem. Robiliśmy wszystko po omacku. Ale w moim przypadku rzeczywiście żona jasno wyraziła swoje oczekiwania. „Zajmujemy się Tosią razem. To nie jest tak, że ty mi pomagasz. Nie, po prostu robimy to razem”. I tak zaczęliśmy. To jest pierwsza sprawa.

O urlopach mamy i taty

Drugi wątek to po prostu czas, który spędza się z dzieckiem. Pamiętam takie spotkanie z mamami, kiedy mówiłem o moim urlopie. Nazwijmy go “tacierzyńskim”, bo w sumie byłem 11 miesięcy na urlopie z dzieckiem. I bardzo namawiałem wszystkich rodziców do tego, żeby ojcowie korzystali z urlopów macierzyńskich i rodzicielskich, żeby mamy dzieliły się z nimi tym urlopem. Miałem wrażenie, że to jest coś fajnego: „o super, tata poszedł na urlop, świetny pomysł”. Dlatego zaskoczyło mnie w rozmowach z mamami, kiedy mówiły:„ja mam rezygnować ze swojego urlopu, żeby dać go ojcu? Nie, ja ze swojego urlopu nie zrezygnuję”. I zrozumiałem, że to wszystko kwestia tego drugiego aspektu, czyli ilości poświęconego czasu.

Punktem wyjścia jest to, że mama w całości bierze urlop macierzyński, który zresztą tak się nazywa, chociaż od pewnego momentu może go dzielić z ojcem.

Tata z reguły wykorzystuje urlop ojcowski – dwa tygodnie. Jeśli jest tak, że mama miała cesarskie cięcie, to ma prawo wziąć jeszcze tzw. opiekę nad żoną, mniej więcej dwa tygodnie. Może jeszcze do tego dorzucić urlop wypoczynkowy. Załóżmy, że udaje mu się wtedy wygospodarować nawet miesiąc wolnego. Natomiast to, do czego ja namawiam – przede wszystkim mamy, żeby z kolei one namówiły swoich partnerów – to aby ojcowie wzięli też od mam kawałek urlopu macierzyńskiego. Co najmniej kolejny miesiąc. Nie wszyscy o tym wiedzą, że na urlopie macierzyńskim rodzice mogą być razem, że mogą z niego korzystać równolegle. Dla mamy oznaczało by to tyle, że zamiast dwunastu miesięcy będzie na macierzyńskim jedenaście. Ale dla taty to jest znacząca różnica, bo z jednego miesiąca robią mu się dwa. A przez te dwa miesiące mogą się nie tylko wspierać, ale też ojciec ma szansę nauczyć się tych wszystkich umiejętności. Potem to procentuje. Nauczy się kąpać, ubierać, trzymać, odbijać itd. Im więcej treningu, tym lepsze efekty.

Będę przez moment adwokatem diabła. Bo już słyszę głosy „no tak, ale mnie z pracy na tyle nie puszczą, dwa miesiące, jednym ciągiem? Zapomnij. W jakim ty świecie żyjesz, nie każdy może sobie pozwolić na takie luksusy”.

Zdaję sobie sprawę z tego, że może to być realna obawa. Ale wydaje mi się, że ta obawa przede wszystkim siedzi rodzicom w głowie. Dlatego, że bardzo rzadko jest ona dyskutowana. Zupełnie inaczej by to wyglądało, gdyby taki ojciec poszedł i powiedział: „słuchaj szefie, mam taki pomysł. Chciałbym wziąć urlop, a potem jeszcze miesiąc macierzyńskiego”. Wyjaśnić, o co w tym chodzi i posłuchać, co powie szef. A szef albo powie: „nie ma sprawy”, albo: „wiesz co, to chyba jednak jest za długo”. Ojciec będzie miał wtedy sygnał zwrotny. Mogą przecież rozmawiać, umówić się, bez stawiania sprawy na ostrzu noża. Zawsze tak można zrobić. Tak samo się przecież robi przy dłuższym urlopie wypoczynkowym. Rozmawiamy. Oczywiście można się też do tego przygotować. Przecież dziecko nie rodzi się z dnia na dzień, tylko jest dziewięć miesięcy ciąży. To jest bardzo długo, żeby powiedzieć: „wiesz, za parę miesięcy rodzi mi się dziecko. I mam taki pomysł, żeby wziąć kawałek urlopu od mojej żony. Mamy jeszcze pół roku, myślę, że możemy się do tego przygotować”. Wydaje mi się, że obawy może i są słuszne, tylko warto, żeby były skonfrontowane z rzeczywistością. Jeżeli w rzeczywistości jest coś takiego, że się nie da albo istnieje obawa, że facet straci pracę, to OK, to jest inna sytuacja. Rodzice mogą wtedy o tym porozmawiać. Warto taką rozmowę przeprowadzić.

Gdy dowiedziałeś się, że będziecie mieć dziecko, to już wtedy zdecydowałeś, że weźmiesz urlop rodzicielski? W którym momencie przyszła ta decyzja? Czy to było jeszcze w czasie ciąży, czy jak już się mała urodziła?

Nie, to było jeszcze w czasie ciąży. To była eureka – pamiętam ten moment. Nasza sytuacja była taka, że Natalia miała działalność gospodarczą i pracowała też z domu. Więc to nie była decyzja, że z Tosią będę ja albo ona. Przeczytałem artykuł, że właśnie w roku, w którym urodziła się Tosia, czyli od 1 stycznia 2016, mama mająca działalność może oddać część swojego urlopu macierzyńskiego i urlop rodzicielski ojcu, który ma umowę o pracę. Wcześniej nie było to możliwe. Wtedy otworzyła mi się niesamowita klapka w głowie. Bo pomyślałem sobie, że „słuchaj, możemy być razem na tym urlopie. Razem możemy być w domu”. A finansowo? Natalia w czasie ciąży mniej pracowała, ja dostawałem macierzyński zgodnie z zarobkami. U Natalii rezygnacja z urlopu nie wiązała się z dużymi stratami. Wyszło super. To była jedyna okazja, żeby coś takiego zrobić, więc się zdecydowaliśmy.

Czyli także przepisy pomogły wam w decyzji?

Przepisy tak. Pamiętam, że uprzedziłem swoją szefową. Wiedząc, że Tosia rodzi się w październiku, już w lipcu rozmawiałem o tym w firmie. Trochę nam zajęło przygotowanie się do tej rozmowy. Ale musiałem posprawdzać szczegóły, bo przepisy zmieniły się od stycznia. Sprawdzałem na tysiąc sposobów, czy to jest w ogóle możliwe. Nie miałem za bardzo kogo się poradzić.

Można powiedzieć, że przecierałeś szlaki.

Tak. Zresztą moja szefowa była Niemką, więc musiałem mieć to posprawdzane. Ona nie rozumiała różnych aspektów polskiego prawa. Akurat w Niemczech zaangażowanie ojców jest, wydaje mi się, na wyższym poziomie. U nich to w ogóle nie wzbudza żadnych dyskusji czy kontrowersji. Było mi dosyć łatwo z nią rozmawiać. Uprzedziłem ją trzy miesiące wcześniej i wszystko to sobie jakoś poukładaliśmy.

Jednak gdy wróciłeś z urlopu rodzicielskiego, okazało się, że nie będziesz miał tej pracy. Nasuwa się pytanie, na ile urlop rodzicielski miał z tym coś wspólnego?

To jest rzeczywiście dobre pytanie. Fakt jest taki, że firma przeszła restrukturyzację i dużo się tam zmieniło. Trudno jest powiedzieć, czy gdybym był wtedy na miejscu, to byłoby inaczej. Z tym zawsze trzeba się liczyć. Nie tylko moje stanowisko zostało zlikwidowane, było ich wiele. Dlatego nie patrzyłbym na to w ten sposób, ale trzeba uczciwie przyznać, że jak się odchodzi na dłużej, to pewne ryzyko istnieje. Dlatego nie namawiam wszystkich ojców, by odchodzili z pracy na rok, tylko mówię o miesiącu. Jakiekolwiek niebezpieczeństwo jest wtedy znacznie mniejsze.

O znajomych ojcach

Czy w swoim otoczeniu, mam na myśli kolegów, jesteś ewenementem, jeśli chodzi o zaangażowanie w zajmowanie się dzieckiem? Czy też wśród swoich najbliższych znajomych masz osoby, z którymi możesz o tym pogadać?

Można na to pytanie odpowiedzieć na dwa sposoby. Jedna rzecz to taka, że dobieramy sobie krąg znajomych, którzy mniej więcej podobnie myślą, czują, działają, spędzają wakacje i patrzą na życie. Naprawdę wśród bliższych znajomych, którzy mają dzieci, nie mam wrażenia, że jestem kimś wyjątkowym. Mam takiego serdecznego przyjaciela, który jest dla mnie absolutnym wzorem ojca. Naśladuję go i uważam, że świetnie sobie radzi. Jest bardzo zaangażowany. Widzę w swoim otoczeniu wielu zaangażowanych ojców. Jest też drugi aspekt – pewna moda na zaangażowane ojcostwo. Wszyscy wiemy, jak np. w krajach skandynawskich zaciera się stereotypowy podział na rolę męską i żeńską. Ale wydaje mi się, że w Polsce też to się dzieje. Myślę, że to zacieranie się ról społecznych między płciami działa tak samo w aspekcie rodzicielskim. Przykładem na to jest pewna bardzo ciekawa sytuacja. To był chyba początek 2017 roku, kiedy na facebooku powstała grupa „Jestem tatą”. Została założona przez Kamila Nowaka z blog ojciec. Zdaje się, że w ciągu pierwszych tygodni zebrało się kilka tysięcy ludzi – facetów. To pokazuje, jaka była niezagospodarowana przestrzeń na to, żeby ojcowie mogli pogadać między sobą o ojcostwie. Śledzę tę grupę i widzę to. Tam się nie tylko mówi o rzeczach technicznych, ale też bardzo dużo o emocjach, o radzeniu sobie, o najróżniejszych sprawach. To świadczy o tym, że faceci myślą o swojej rodzicielskiej roli, interesują się nią. Być może czasami trudno im porozmawiać z partnerką czy z innymi kobietami, a łatwiej pogadać z innymi facetami. Ale na pewno się interesują. Ja akurat jestem w takiej życiowej sytuacji, że poświęcam na to więcej czasu i interesuję się rodzicielstwem. Chcę to wykorzystać dla dobra innych ojców, innych rodziców.

O programie

Stąd wziął się Twój pomysł na program „Pierwsze 100 dni z Maluszkiem”?

Fajnie, że o tym wspominasz 🙂 Pomysł wziął się z kilku obserwacji. Pomyślałem sobie, że jest bardzo dużo materiałów, które są dla mam, a niewiele z nich trafia do ojców albo do rodziców razem. Chcę, żeby ten program był przeznaczony dla obojga rodziców, a nie wyłącznie dla mam. Dlatego kursy mają formę wywiadu, w których ja stawiam się w roli takiego ciekawego ojca, który chce się czegoś dowiedzieć. Po drugiej stronie mam doświadczoną położną, która mi to wyjaśnia. Jeśli ona mówi o czymś językiem, który dla kobiety będzie zrozumiały, ale dla mężczyzny nie – np. gdy mówimy o tym, jak zbudowana jest pierś i skąd tak naprawdę bierze się mleko – to zadaję po prostu podstawowe pytania. Dzięki temu mam nadzieję, że ojcowie też to zrozumieją. Bo ja chcę to zrozumieć i dlatego właśnie ten kurs jest tak skonstruowany. Jeżeli ktoś zdecyduje się na subskrypcję, to jest to subskrypcja na gospodarstwo domowe, więc zarówno tata, jak i mama będą mogli obejrzeć filmy i przeczytać dodatkowe materiały. Dzięki temu będą w stanie wymieniać się spostrzeżeniami, rozmawiać o tym, czego się dowiedzieli.

Program już ruszył.

Tak. Sprzedaż I edycji ruszyła i potrwa do 9. Listopada. Dlatego zachęcam, żeby zajrzeć na www.Pierwsze100dnizMaluszkiem.pl i zobaczyć, czy któryś z ośmiu minikursów w programie może być pomocny.

Skąd się bierze tata fajtłapa

Jeśli pozwolisz, wrócę jeszcze na moment do początków. Czy ustalaliście ze swoją żoną podział obowiązków, zwłaszcza gdy Tosia była malutka? Na przykład, że przewijanie zawsze należy do Ciebie, nawet o 3 w nocy. Czy też ustalaliście to na bieżąco, pod wpływem chwili?

Wiele rzeczy robiliśmy na przemian, ale rzeczywiście pewne rzeczy się utarły. Był taki moment, że to ja częściej ją kąpałem – teraz to się wyrównało. Z reguły to tata kąpie dziecko, więc bardzo chciałem się tego nauczyć. Był to też dla mnie taki czas, kiedy mogłem więcej czasu spędzić z Tosią, bo normalnie to ona była przy piersi albo spała. Więc ta kąpiel to było coś, co przejąłem. Z kolei ubieranie do tej pory jest głównie po stronie Natalii.

I teraz przyszedł mi do głowy nowy wątek: co my nazywamy byciem fajtłapą? Ostatnio miałem takie doświadczenie. Natalia wyjechała odpocząć na 3 dni. Miałem pomoc osób bliskich, ale jednak zostałem z Tosią sam. Zdawałem sobie sprawę, że może nieidealnie ją ubieram, że Natalia by ją ubrała cieplej albo inaczej dobrała kolorystycznie bluzeczkę do spodenek. Ale pewne rzeczy, które z punktu widzenia kobiety są błędem czy nawet powodem do śmiechu, dla faceta są kompletnie nieistotne. Ważne, że dziecko jest ubrane.

Odpowiadając na pytanie, co ja rozumiem przez fajtłapę – mam na myśli takiego tatę z zerowym pojęciem, co trzeba z dzieckiem zrobić. Tak jak w skeczu Joanny Kołaczkowskiej ”Pralka”, gdzie występuje ojciec, który nawet nie wie, jak się otwiera pieluchę, nie mówiąc o jej zmianie, który nie wie, że ma w domu pralkę. Mam poczucie, że to jest taka osoba, która nie ma pojęcia o tym, skąd się biorą w szafie czyste rzeczy.

Przypomniałaś mi ten skecz, obejrzałem go. Dla mnie było to czyste potwierdzenie faktu, że dziewczyna z tego skeczu traktowała swojego faceta jak dziecko. Odbierała telefon, pobłażliwie odpowiadała, tłumaczyła, absolutnie weszła w rolę jego mamy. Więc jeżeli kobiety wchodzą w rolę mamy swojego partnera, to czemu tu się dziwić? Natomiast są inne kobiety, które powiedzą „słuchaj, wszystko ci wyjaśnię, ale jak mnie nie będzie, nie dzwoń do mnie. To jest mój czas, potrzebuję go, żeby odpocząć, żeby się oderwać, żeby pomyśleć o czymś innym. Po prostu nie dzwoń do mnie.” I rzeczywiście mieliśmy takie rozmowy i pamiętam, że były też takie sytuacje, że dzwoniłem i Natalia wyjaśniała. Bo jeśli mogłem zadzwonić, to się nie zastanawiałem, nie przejmowałem, nie słuchałem, po prostu gdy dla mnie było wygodniej, to dzwoniłem. Tak jakbym zadzwonił do mamy zapytać „a co mam teraz zrobić?”. A jak dostałem komunikat „słuchaj, nie dzwoń. Nie będę odbierać telefonu”, no to musiałem się spiąć i się zastanowić: „to jak to będzie, to co ja potem zrobię, gdzie co mam w szafie, gdzie jest jedzenie, gdzie jest to, tamto”. Musiałem mieć wszystko przygotowane. A później trzeba sobie było jakoś radzić. I okazało się, że to się da zrobić.

Zgadzam się z tym stwierdzeniem, że czasem kobieta traktuje faceta jak dziecko, ale z drugiej strony to też chyba takie wygodnictwo faceta? Bo jak mu wszystko położą pod ręką, to co on się będzie wysilał. Ale jak musi – tak jak w przykładzie, który podałeś, że żona postawiła wyraźne granice – to nagle się okazuje, że trzeba samemu sobie poradzić.

Właśnie tak. Rozmawiałem dzisiaj z Natalią na temat tego wywiadu. Pytałem, dlaczego tata to fajtłapa, a ona mi odpowiedziała taką fajną rymowanką: „dlatego, że łatwiej być fajtłapą niż tatą”. I to jest dokładnie to, co mówisz. Jest wygodniej być fajtłapą niż tatą. Wydaje mi się jednak, że taka strategia nie opłaca się ojcom – to trzeba sobie jasno powiedzieć. Nie opłaca się w tym sensie, że my sami wtedy dużo tracimy. Jeżeli oddajemy rodzicielskie pole żonie, to potem się okazuje, że ona ma fantastyczny kontakt z dzieckiem, a my pojawiamy się tylko od czasu do czasu. Widziałem też takie sytuacje: rodzice szli na basen, ojciec chciał uczyć pływać swoje półtoraroczne dziecko. Wcześniej jednak spędzał z nim tak mało czasu, że mały nie chciał odstępować mamy ani na krok. I nagle się okazuje, że ojciec chce dziecku coś pokazać, zacząć uprawiać z nim jakiś sport, a dziecko w ogóle go nie czuje i chce cały czas do mamy. I to jest strzelanie sobie w piętę. A z drugiej strony jesteśmy nagle zdziwieni, że żona czy partnerka ma pretensje. Chociaż na początku może jej to nie przeszkadzało, to potem coraz częściej nam zarzuca, że podział obowiązków jest nierówny.

Czyli obie strony mają za uszami?

Zgadza się. Ojciec oddaje odpowiedzialność, a potem się okazuje, że nie potrafi być samodzielny. Może mu to później przeszkadzać. Są sytuacje, w których w końcu chcemy być samodzielni i coś zrobić z dzieckiem, może pokazać partnerce, że potrafimy, a jesteśmy do tyłu. To się nie opłaca. W programie “Pierwsze 100 dni z Maluszkiem” jest taki minikurs – „Rola taty”. Wiem już, że mamy są nim bardzo zainteresowane. Używam tam takiego sformułowania: „nie daj się zepchnąć do kąta”. Trzeba walczyć o swoje. Mówić, że chce się coś zrobić. Do tego gorąco namawiam mężczyzn. Żeby nie oddawali rodzicielstwa kobietom, bo to się obróci przeciwko nim.

Od czego zacząć?

Załóżmy, że jest ojciec, który do tej pory mało zajmował się dzieckiem i nie bardzo wie, co z nim zrobić, ale dojrzał do tego, by to zmienić. Od czego powinien zacząć?

Od tego, żeby się zastanowić, czego chce się nauczyć, czego mu brakuje. Czy są to rzeczy praktyczne, czy raczej kwestia samej relacji, bo czuje, że nie ma kontaktu, że dziecko się go boi, ucieka itd. Jeśli mnie pytasz o jedną konkretną rzecz, to zacząłbym od tego, by zastanowić się, ile czasu spędza z dzieckiem i jaki jest ten czas. Bo ilość ma znaczenie, ale musi się to przekładać na jakość. Przez jakość rozumiem, że cała moja uwaga jest skupiona na dziecku i byciu razem. A nie, że niby spędzam czas z dzieckiem, a równocześnie oglądam mecz w telewizji albo rozmawiam przez telefon czy robię coś innego. Jeżeli ma to być taki czas wzajemnego budowania relacji, to ojciec musi być na 100% w kontakcie z dzieckiem.

Myślę, że ojcowie bardzo naturalnie wyobrażają sobie, że jak wracają z pracy, to dla nich najlepszą rolą jest rola takiego “zabawiacza”. Kogoś, kto gra i się bawi: „No dobra, to się pobawimy, poukładamy klocki czy porzucamy piłką”. To jest super, fajne. Doskonale rozumiem, że po pracy ojciec chce się zrelaksować w ten sposób i zobaczyć uśmiech na twarzy dziecka. Natomiast według mnie to nie te rzeczy budują głęboką relację i głęboką więź, tylko trudniejsze czynności, które są związane z intymnością – przewijanie, kąpanie, ubieranie, karmienie, czy wspólne spożywanie posiłków, jeśli dziecko już samo je. To są takie momenty, które dla dziecka są kamieniami milowymi w ciągu dnia. Jeżeli ma ono sposobność spędzenia tego czasu z ojcem, to moim zdaniem jest to znacznie bardziej wartościowe niż sama zabawa. Do tego bym namawiał. Ale to się wiąże z umiejętnościami. Można zacząć od przewijania, kąpiel to kolejna atrakcyjna aktywność, czy wreszcie wspólne jedzenie. Różnie to wygląda w domach, ale celebrowanie jedzenia wydaje mi się dobrą rzeczą. Nawet jeżeli ojciec nie je, ale usiądzie z dzieckiem i będzie na nie patrzeć, i z nim rozmawiać, to jest super.

O czym marzysz jako ojciec?

Piękne pytanie. Chyba o tym, żeby widzieć, jak Tosia rośnie z wiarą we własne możliwości, w wewnętrznej równowadze. Z jednej strony, żeby zawsze wiedziała, że ma potencjał, że może bardzo dużo zrobić i żeby wierzyła w siebie. Z drugiej – żeby umiała rozpoznawać różne emocje, żeby wiedziała, że życie ma różne oblicza. Że po słońcu przychodzi deszcz, a po deszczu znowu słońce, i że to jest coś normalnego. Niech idzie przez życie ze spokojem i równowagą. Tak bym to ujął. Chciałbym, żeby właśnie to dla niej zostało z naszego wspólnego bycia razem. A co ona potem z tym zrobi za ileś lat, to zobaczymy.

Bardzo dziękuję za rozmowę 🙂

Ja również dziękuję i za życzenia, i za rozmowę.

PS. Z serii #TataNieFajtłapa ukazały się także wywiady z red. Krystianem Hanke z radiowej Trójki i Nikodemem Sadłowskim z bloga Rock Daddy.

11 Replies to “Bycie tatą fajtłapą się nie opłaca”

  1. Mój mąż w momencie, gdy adoptowaliśmy naszą trójkę nie potrafil nic ci było związane z dziećmi.. Wiedział tyle co zapamiętał z kursu adopcyjnego, a w zasadzie nie wiele, bo pożerał go stres. Przeszedł intensywny kurs na żywym organiżmie;) i po kilku miesiącach mogłam spokojnie zostawić go z dziećmi i wyjechać na dzień, czy dwa;)

    1. Fantasryczna rozmowa! Wspaniale że jest coraz więcej takich tatusiów. Na szczęście mój mąż nie jest fajtłapą. Mamy dwóch synków-najmłodszy ma niecałe 2 miesiące. Starszy synek 3,5 roku ma bardzo silną więź że swoim tatą co mnie bardzo cieszy. 🙂 A mlodszym również się zajmuje i wie jak zmienić pieluchę:) wspomnę mężowi o tej grupie dla tatusiów.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.