W poszukiwaniu straconego czasu

Uwaga! To nie będzie recenzja książki 🙂

„Definicja ironii losu? Dziecko śpi jak aniołek, a Tobie nie idzie robota”. Tak właśnie napisałam niedawno na fanpagu facebookowym.

W poniedziałek zwyczajowo ukazuje się tekst na blogu. Staram się, by w tego dnia wpis był już gotowy, wstawiony, zaprogramowany, tak by móc skupić się już wyłącznie na informowaniu świata, o tym, że jest co czytać.

Zdarza się, rzadko, że jeszcze w poniedziałek robię jakieś ostatnie poprawki, moja korektorka robi drugą korektę, a ja wrzucam tekst w ciągu dnia.

No ale dzisiaj to już masakra się odbyła. Od początku wszystko było nie tak. Raz, że natchnienie przyszło na mnie późno, bo dopiero w sobotę. Dwa, że miałam napisany tekst w wersji papierowej, a przy przepisywaniu zawsze są poprawki i zmiany. Trzy, że tym razem nie miałam rozpisanego ścisłego grafiku, ani zapasowego planu B na dzisiejszy czas pracy.
No i tym razem jak zaczęłam zmieniać i poprawiać nagle okazało się, że dwie godziny minęły a tu tekstu brak. I planu B też brak.

Masakra. Klęska. Złość.

I właśnie sobie uświadomiłam coś. Jest do przeczytania na blogu pakiet moich tekstów (tu i tu i jeszcze tu) o tym do czego daję sobie prawo a do czego nie. Jedno z pytań brzmiało – czy daję sobie prawo do popełnienia błędu.

No właśnie. Czy ja daję sobie prawo do tego, by mieć porażkę (bo dzisiejsza praca to była definicyjna typowa porażka).

I wygląda na to, że nie do końca. Że owszem – z zasady tak. Bez problemu rozgrzeszam się, jeśli obiad jest w wersji na winie (co się na winie to do gara), albo jak nie zdążę zrobić klaru optycznego w domu. Ale jeśli chodzi o zawodowy plan dnia i wykorzystanie tego bezcennego czasu kiedy Młody śpi, to nie daję sobie prawa do tego, by w tym czasie nie było zrealizowane to, co sobie zaplanowałam. Tyle, że ja sobie dzisiejszego dnia nie zaplanowałam. Wiedziałam, że mam skończyć tekst i tyle. No i w rezultacie tekst nie powstał. (Wiem, że często ludzie najbardziej są wydajni za pięć dwunasta, widać miałam za dużo czasu 😉 Za to przejrzałam najważniejsze wątki na facebooku. W tym w grupie na temat zarządzania czasem 😀 😀 😀

Za to przy szykowaniu obiadu (bo w końcu po prostu wstałam od komputera i zaczęłam robić obiad) spłynęło na mnie prawdziwe natchnienie. I oto – jak każdy (chyba) trener – wykorzystuję niniejszym zaistniałą sytuację do prezentacji przykładu dydaktycznego na własnym przykładzie.
A więc – tak właśnie wygląda sytuacja – wraz z konsekwencjami – gdy nie ma się planu działania, a także gdy nie daje się sobie prawa do porażki.

Stres, poczucie braku kontroli, złość. Złość

Złość na siebie. Życie w presji – ale tym razem nie pod presją cudzych oczekiwań. Tylko pod własną presją. Źle zrozumiana ambicja, zero luzu, brak elastyczności. W dodatku poczucie, że traci się kontrolą nad jedyną osobą, którą naprawdę można kontrolować – czyli sobą.

Ciężka sprawa. To boli. Brak kontroli, poczucie braku wpływu. W dodatku prawda w oczy kole – że nie jest się taką osobą, za jaką się uważa. Bo jak to – asertywna mama – a nie daję sobie prawa? jednak nie?

Cóż – witamy w prawdziwym życiu 🙂

Pokora.

Słowo klucz. Dzięki któremu można z dystansu spojrzeć na siebie, wyciągnąć wnioski, skorygować własne zachowanie, dać sobie trochę luzu, przewartościować. Odpuścić.

Odpuścić sobie.

Jedno z najtrudniejszych zadań. Spojrzenie na siebie z boku, i potraktowanie po ludzku. Tak po prostu po ludzku. Powiedzenie sobie – ok nawaliłaś, zaplanowany tekst nie powstał, zmarnowałaś czas, zdarza się. Dziewczyno odpuść sobie. Wyciągnij wnioski, popraw koronę i napij się kawy. Trudne. Ale się daje. Nawet mnie się to udaje 🙂

A zatem kiedy ostatni raz Ty potraktowałaś siebie po ludzku? Kiedy Ty sobie odpuściłaś?

PS. Ten tekst piszę – jednak w trybie za pięć dwunasta – na tzw. spontanie nasłuchując dźwięków z pokoju dziecka, korzystając z tego, że moje dziecko odsypia dzisiaj zaległości. I tylko dlatego on powstaje. Gdyby Młody się obudził – już do jutra nie zajrzałabym do komputera (takie przyjęłam założenia do pracy).
Zatem sponsorem dzisiejszego tekstu jest – moje dziecko, które śpi, moja zdolność do autoironii oraz wykorzystywania tego co się dzieje na bieżąco do napisania tekstu oraz łut szczęścia. 😉

Related Post

Share

37 odpowiedzi do “W poszukiwaniu straconego czasu”

  1. Hahha.. brawo! A jednak sie udało! Ostatnio tez narzekalam na brak weny w czasie drzemki córki… i w ten sposób wpisy na blogu mibsie przesunely. Nie lubię tego, wolę miec zaplanowane, ale co zrobić. Czasami nie ma wyjścia. Pozdrowienia dla spiacego malucha:)

    1. o doskonale Cię rozumiem. Teraz po wakacjach własnie widzę, jak niektóre tematy będą w innym terminie niż planowałam. ale – może dzięki wyjazdowi – podchodzę już do tego z większym spokojem 🙂

  2. No bywa, że nawet u najlepszych natchnienia brak. 😉 Ja chwilowo gorzej się czuję więc i moja pozytywna energia podłamana, a przynudzać nie lubię, więc czekam.. 😉

  3. Ostatnio przeżyłam taką niemoc i dałam sobie wolne z blogiem na tydzień. Zamiast się zajeżdżać wróciłam z podwojoną siłą 😉

  4. Dla mnie takie planowanie co do dnia i minuty kiedy miałbym pisać, publikować i ile, to byłaby masakra. Po co to sobie robić i dodatkowe presje tworzyć? Wolę pisać na spontanie, kiedy mnie natchnie, kiedy mam z tego przyjemność. i tak są miesiące kiedy napiszę 4 wpisy w innych 8, czy 11. W różne dni, o różnych porach. I jest ok 🙂 Nie chcę się spinać niepotrzebnie 🙂

    1. po wakacjach właśnie wdrażam bardziej elastyczną wersję pisania 🙂 natomiast jak się ma małe dziecko i wręcz policzalną ilość czasu do wykorzystania i świadomość, że jak się czegoś nie zrobi to nie będzie zrobione – to przyznaję presja wykorzystania czasu się tworzy 🙂 więc teraz… zwolniłam tempo 🙂

  5. Ja jestem tak kiepsko zorganizowana…. Chaos, chaos, wszędzie chaos. W głowie, w notatniku, na podłodze. Staram się z tego wybrnąć, ale jakoś mi nie idzie… Chociaż jest już znacznie lepiej niż kiedyś!

  6. Też kiedyś miałam wybrany dzień publikacji posta i powiem Ci, że bardzo mi ulżyło i praca zaczęła mi iść o wiele lepiej od kiedy sobie założyłam, że nowy post ma być wt-czw i tyle. Nie sądzę, że obecny czytelnik tak bardzo przywiązuje wagę do tego, że to ma być jeden dzień tygodnia. Ludzie chodzący do pracy często nie zdają sobie do końca sprawy co to za dzień tygodnia i to FB im przypomina o wpisie na blogu:) Takie jest moje zdanie. Także spokojnie możesz wyluzować i niech Twoja rodzina nie będzie stratna z powodu twojego blogowania:) Z pewnością wybranie jednego dnia pomaga wielu piszącym się zdyscyplinować, ale mi to zdecydowanie nie pomagało przy małym dziecku (straszna frustracja przychodziła, gdy dzień się zbliżał, a jeszcze nic nie miałam). Przy niemowlaku nie da się tak ściśle planować. A to, co mi nie pomaga eliminuję i ta eliminacja mi pomaga 🙂

    1. hmmm bardzo podoba mi się Twoje podejście i inspiracje! Dziękuję. (rodzinka nie jest stratna z powodu mojego blogowania bo robię to w ściśle wyznaczonym czasie – w trakcie drzemki Młodego. stratne jest co najwyżej sprzątanie ;)) I bardzo mi się podoba idea ostatniego zdania – to co mi nie pomaga – eliminuję i eliminacja mi pomaga – świetne hasło! Będę cytować! 🙂

  7. Odpuszczenie sobie jest czasem najlepszą opcją, kiedy wena nie nadchodzi. Mój syn ma co prawda 8 lat, ale też staram się blogować między wychowywaniem go, a pracą na etat. Wena powinna więc przychodzić właściwie „na zawołanie”, jednak często dzieje się zupełnie inaczej. Czasem dopada mnie w trakcie spaceru, innym razem w najmniej oczekiwanym momencie. Wtedy zapisuję sobie wstępny pomysł, jeśli nie mogę zrealizować go od razu 🙂

  8. Ja jestem absolutną fanka zapisywania zadań do zrobienia na kartce i zostaławiam ją w miejscu widocznym dla moich oczu. To taki mój sposób na nauke asertywności i planowania. Czasamuiz tygodnia na tydzień przepisuję tylko pozycje na nowe kartki, ale w zabieganum świecie inaczej się nie da. Czasami marzę aby doba trwała 48 godzin – to może wtedy się wyrobie.

    1. też sobie zapisuję na kartce (to zdecydowanie poprawia pamięć ;). I przy dziecku nauczyłam się, żeby planować tylko minimum – od razu wyniki efektywności się podniosły 😉 owszem generalnie człowiek ma wrażenie, że realizuje wszystko strasznie długo – ale – realizuje!

  9. Też nieraz miałam sytuację że miałam o czymś napisać ale jakoś nie mogłam się zebrać do przygotowania tekstu i na szybko pisałam o czymś innym. Mam poważny problem z organizacją swojego czasu ale pracuje nad tym 😉

  10. Ten tekst przypomniał mi czasy, kiedy urodziłam 3 synka. Wcześniej pracowałam w szkole, ale kiedy się urodził postanowiłam „rozkręcić biznes”. Miałam pomysł, żeby rozkręcać go w czasie, kiedy on śpi….no cóż. Życie szybko to zweryfikowało. Miałam swoje plany, pomysły, chciałam wszystko robić….starsi chłopcy w szkole/przedszkolu. A on, Maluszek nie uwzględniał moich planów w swojej aktywności. Nie spał tyle ile chciałam, budził się za wcześnie (w środku bardzo ważnej myśli, która przyszła mi właśnie do głowy). Och. Co to była za złość i frustracja, że nie mogę tego dokończyć. Nie umiałam wówczas pogodzić tych dwóch ważnych dla mnie aktywności….
    A teraz….jestem w takiej samej sytuacji. Znów mam małe dziecko – córkę. To moje czwarte dziecko. I znów mam pomysł, żeby rozkręcać biznes, kiedy ona śpi a pozostali są w szkole/przedszkolu. I poprzeczkę mam postawioną znacznie niżej. O wiele niżej. Daję sobie bufory czasowe. Planuję minimalną ilość zadań na czas jej snu. I planuję, że nie będę miała wszystkiego teraz, zaraz, już. Daję sobie znacznie więcej czasu. Znacznie, znacznie więcej. Pozdrawiam 🙂

    1. odkąd wymyśliłam sobie, że będę planować absolutne minimum do zrobienia – moja efektywność nagle wzrosła 😀 a co za tym idzie także motywacja do działania. Natomiast co do sytuacji opisanej w tekście – no cóż po prostu dałam plamę 😀 (złe rozplanowanie zadań)

  11. Plan działania i dobra organizacja. Bez tego ani rusz. Swoją drogą, kiedy jeszcze pracowałem w domu, też miewałem, i to dość często, dni które mi się totalnie rozjeżdżały. Póki z drzemkami chłopaków nigdy nie było problemu, o tyle cała reszta potrafiła legnąć w gruzach. Niemożność pracy w domy przy dwójce dzieci (bo co to za praca 2-3h dziennie) spowodowała, że postanowiłem wrócić na etat. Od tego momentu wszystko zaczęło działać też dlatego, że przestałem się bezsensownie spinać.

    1. no więc póki jestem w domu nastawiłam się na pracę 3-4 godziny i generalnie udaje mi się wyciągnąć pół etatu. Ale rzeczywiście już tego pilnuję. Bo nadgodziny są nierealne 😀 (a poza tym ich nie chcę) 🙂

  12. Pisać o o tym, co się dzieje tu i teraz – to jest dobry sposób na rożnego rodzaju zmiany, które nas nieprzyjemnie zaskakują. Może napiszemy o czymś innym, ale na pewno szczerze i autentycznie. A poprzedni tekst poczeka na swoją kolej 🙂

  13. Ja jestem już chyba z tego pokolenia, że nie odpuszczam sobie. Że nie dam sobie dmuchać pracodawcy, po 8h wyjdę na pewno, urlop konieczny. Dużo widzimisię, ale to jest ta zmiana, którą obserwuję. I nie zamierzam odbiegać od niej – trzeba myśleć przede wszystkim o sobie. Przychillować.

      1. no więc generalnie sobie też nie odpuszczam. Ale w opisanej sytuacji okazało się, że odpuszczenie to jedyne rozsądne wyjście…
        podoba mi się sformułowanie „przychillować” 😀

  14. Dodałabym poczucie winy – że nie ogarniam sytuacji, że nie potrafię wszystkiego idealnie zaplanować, a jak zaplanuję, to czasem planu nie dotrzymam. I za milion wymówek i też za nieumiejętność kontrolowania siebie albo i za zwykłe lenistwo. Tak, odpuścić sobie i puścić kontrolę jest jednak bardzo ciężko…

    1. zastanowiłam się nad poczuciem winy – nie – w tej sytuacji u mnie była głównie złość i frustracja, że zmarnowałam czas. poczucie winy nie.
      Co do dalszej części komentarza – znam ten sposób myślenia. Gdy zaczęłam być mamą i zaczęłam mieć mniej czasu to zaczęłam go lepiej wykorzystywać i wiele sytuacji typu rozpraszacze i wymówki minęło. nie mam na nie czasu 😀 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *