Czy uczysz swoje dziecko, jak nie przekraczać cudzych granic?

Tekst gościnny autorstwa Marty z bloga Młoda Matka

No oczywiście. To kolejny tekst prosto z placu zabaw, gdyż plac zabaw jest źródłem nieustającej inspiracji do pisania o zachowaniu dzieci i dorosłych. Które to zachowanie, tak na marginesie, na ogół mnie wkurza.

 

I nie inaczej było tym razem.

 

Poszliśmy na duży plac zabaw, pusty o tej porze, bo po pierwsze – pora wczesnego obiadu, po drugie – zimny wiatr i po trzecie – środek tygodnia. Więc poza nami nie było nikogo.

Piotr spał słodko w wózku, ja marzłam przy nim na ławce, a Joaśka z Witulem hulali to tu, to tam. Przebiegli przez statek, wskoczyli na chwilę do pociągu, wleźli do domku i ostatecznie skończyli przy zjeżdżalni. Witek ładowal piach na górę i spuszczał go po zjeżdżalni w dół, Asia na dole przyjmowała dostawę i budowała górkę. Tyle przynajmniej było widać z mojej ławki. Reszta fabuły rozgrywała się, jak zwykle, w wyobraźni.

 

I wszystko było super, dopóki nie przyszedł Leon. Lat trzy.

Leon najpierw przebiegł przez cały plac zabaw, zmuszając tatę do truchtu.

Potem zawrócił – prosto na zjeżdżalnię, na której bawiły się moje dzieci. A na tym placu zabaw zjeżdżalnie są trzy. Wszedł na drabinkę i natrafił na Witka i jego kupę piachu.

Więc zsypał mu piach na ziemię.

 

Witek, który przechodzi właśnie etap nieśmiałości i o dolanie soczku do kubeczka w naszej własnej kuchni prosi, szepcąc mi do ucha, spiął się, ale nie powiedział nic.

Leon zsypał jeszcze.

– Nie zsypuj – przemógł się Wit. – Bo wies, my się tu bawimy.

– Ale on się też chce z wami bawić – powiedział na to tata. – Patrz, dołożę ci dużo piachu i będziecie się bawić razem.

I dołożył – dwie solidne porcje.

Ale Leon już nie chciał piachu, chciał zjeżdżać.

– Ale my tu budujemy górkę i zsypujemy piach. Czy nie możesz iść na inną zjeżdżalnię? – odezwała się z dołu Asia.

Leon nie mógł.

Uznałam, że czas najwyższy opuścić moją ławkę. Przenegocjowaliśmy chwilowe opróżnienie zjeżdżalni z piachu (bo jest dla wszystkich) i zjazd Leona (zjedzie sobie tylko raz – powiedział jego tata).

– Tylko uważaj na górkę, dobrze? – poprosiła Asia.

Leon uważał. A konkretnie wjechał z nią z butami i rozwalił.

Aśka – w płacz.

– Czemu on nie może zjeżdżać z innej zjeżdżalni i musiał mi zniszczyć górkę?

Tłumaczę, że zjeżdżalnia jest dla wszystkich, a górka tuż pod nogami, może nie umiał ominąć, ale sama czuję, że robię to bardziej dla zatuszowania konfliktu niż dla mojego dziecka. Bo nie cierpię konfliktów, zwłaszcza na placu zabaw. Poza tym – myślę – mały jest. Trzy lata ma. Może nie ogarnia.

 

Ale to dopiero początek.

Teraz Witek chce zjechać, ale Leon stoi na dole i blokuje zjazd.

– Wiesz, przesuń się, żeby Witek cię nie uderzył – mówię.

Witek spokojnie czeka, ale Leon stoi.

Stoi i stoi.

I nic.

 

– Nie blokuj – mówi tata Leona i do mnie: – Bo taki kolega go bije w przedszkolu, a Leon się nauczył na złość blokować. I teraz blokuje wszystkim.

– Odsuń się, bo chcę zjechać! – woła Witek.

A Leon stoi.

Więc Witek zjeżdża i trafia go stopami w brzuch. Niezbyt mocno. Bardziej po to, żeby zaznaczyć, że to złe miejsce do stania.

– Wies, bo nie chciał zejść – tłumaczy mi się. Bo wie, że to nie jest dobre rozwiazanie. Ale skoro nie ma innego…

– Chodź, Witulku, pójdziemy bawić się gdzie indziej – woła Aśka i biegną na statek.

 

A Leon, rzecz jasna, za nimi.

My też.

A na statku już się dzieje.

– Nie wchodź – woła Witek.

A Leon wchodzi.

– Nie wchodź – prosi Witek, ale Leon jest już na górze drabinki.

Więc Witek bierze piach.

– Witek, przestań – wołam, ale nic to, oczywiście, nie daje.

Sypie w dół. Na drabinkę i na Leona.

Leon w płacz. Piach w oku.

– Chciałem tam sypać, a on tam stał i nie chciał zejść – oświadcza Witek z miną „no przecież wiesz, że mam rację”.

 

– Chodźmy gdzie indziej – mówi Asia, zjeżdża ze statku po zjeżdżalni i biegnie dalej.

Witek też chce zjechać, ale na dole stoi już Leon. I blokuje. I wspina się po zjeżdżalni od dołu.

– Leon – mówię. – Zejdź, poczekaj, aż Witek zjedzie i wtedy będziesz wchodził.

Leon nic.

Tata zdejmuje go ze zjeżdżalni.

 

Witek zjeżdża i biegnie do Asi, na kolejną zjeżdżalnię.

A Leon? Oczywiście. Biegnie za nimi.

Mam dość.

 

Sytuację rozwiązuje Piotr, który zaczyna się budzić w wózku.

– Dzieciaki – wołam. – Idziemy, bo Piotruś zaraz będzie głodny.

Jeszcze nigdy w życiu moje dzieci tak chętnie nie opuszczały placu zabaw. Biegną do furtki.

A za mną biegnie Leon.

– Dzieci idą do domu, nie możesz z nimi iść – woła z daleka jego tata.

O, rany.

 

Idę i myślę o tym, że gdyby taka sytuacja zdarzyła się w knajpie wśród dorosłych, Leon niechybnie dostałby w zęby. A na pewno usłyszał kilka ostrych słów. I o tym, że naprawdę trudno wychować jedynaka tak, żeby potrafił się bawić bez szkody dla innych dzieci. I że moje dzieci, kiedy miały lat trzy, nie psuły zabawy innym dzieciom. I co ja właściwie mam powiedzieć moim dzieciom? Jak ich nauczyć bez fizycznej agresji załatwiać takie sprawy, zwłaszcza Witka?

 

– Mamusiu, a dlaczego on musiał nam psuć zabawę cały czas? – pyta nagle Joaśka. Widzę, że też jest wkurzona.

– Nie mogliśmy się spokojnie pobawić – wtóruje jej Witek. Bo Witek lubi się spokojnie bawić.

 

Tylko nie myślcie, że spokojnie oznacza cichutko w kąciku. Nic podobnego. Spokojna zabawa polega na bieganiu, piszczeniu, skakaniu, tarzaniu się w trawie i rzucaniu patykami. Tylko że nikt go wtedy nie szarpie za ubranie, żeby gdzieś szedł, nikt na niego nie krzyczy, że ma robić to albo tamto. Nikt go nie popycha, bo „on się nie chce bawić tak, jak ja mówię”. Nikt nie robi na złość i na przekór.
I wtedy zabawa jest fajna.
Oczywiście: moje dzieci też się kłócą, biją i na siebie krzyczą. Konflikty są normalne. Ale nie przekraczają pewnych granic, które – po prostu – są dla nich jasne.

Granice.
Nam, dorosłym, chyba się wydaje, że dzieci ich nie mają.

Że każde dziecko na placu zabaw musi się chcieć bawić z moim, a jak mówi, że nie chce, to jest nieuprzejme, niegrzeczne (sic!) i źle wychowane.
Że każde dziecko musi się z innym dzielić swoimi zabawkami – a jak nie chce, to foch. I to w wykonaniu rodzica, nie dziecka.

Że możemy zmuszać nasze dziecko do zabawy albo pozwalać mu narzucać się innym dzieciom i przeszkadzać im do woli – bo przecież budują się więzi społeczne. A dzieci powinny się ze sobą bawić!

Żeby było jasne: nie chodzi mi o to, żeby moje dzieci się z nikim nie bawiły ani nie dzieliły zabawkami. One zresztą to robią. Chętnie i same z siebie. Jeśli tylko nikt natrętnie nie przekracza ich granic i pozwala w wolności wybrać, co, kiedy i z kim zrobią.
Dokładnie, jak ja.

Autorkę tekstu znajdziesz tu:  Młoda Matka i tutaj: fanpage

Related Post

Share

3 odpowiedzi do “Czy uczysz swoje dziecko, jak nie przekraczać cudzych granic?”

  1. Plac zabaw to jak takie mini społeczeństwo zawsze znajdzie się ktoś kto wszystkich wkurza, ktoś kto wszystkim przeszkadza, ktoś kto cicho siedzi w swoim kąciku, i mnóstwo osób które bawią się ot tak zwyczajnie. Granice dzieci oczywiście mają i jasno je zaznaczają np. płacząc że ktoś bawi się ich zabawkami czy obsypuje ich piaskiem. Jednak myślę, że często to my rodzice rozdmuchujemy pewne sytuacje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *