Test kaskady – podsumowanie marca

Mija trzeci miesiąc testu metody, którą wymyśliłam na własny użytek. Dla przypomnienia – jak to działa? Każdego miesiąca dodaję jedno nowe postanowienie… noworoczne. Dzięki temu nie realizuję całej listy jednocześnie, tylko każdego miesiąca przybywa mi jeden punkt. Wprowadzam na spokojnie nowe aktywności bez wywracania do góry nogami całego harmonogramu. Zmiany następują małymi krokami.
Stwierdziłam, że przetestuję, czy taka strategia realizacji postanowień noworocznych się sprawdzi. Stąd kolejny „raport”.

Do tej pory realizuję już:

od stycznia – codzienne pół godziny dla siebie. Działa bez pudła. Wydaje mi się, że podświadomie sama o to dbam na zasadzie odruchu bezwarunkowego – dla własnego zdrowia psychicznego.

od lutego – powyższe, plus codzienna porcja ćwiczeń. W lutym dotarłam do 20 minut. Na początku marca jakoś się zawiesiłam (mimo wsparcia taty Młodego, który też na wiosnę zaczął regularnie ćwiczyć). W końcu doszłam do wniosku, że same ćwiczenia są dla mnie mało atrakcyjne. Zamieniłam je więc na codzienną dawkę ruchu. I to daje znacznie lepsze rezultaty! Czasem (w weekendy) jest to praca w ogrodzie, czasem – bieganie z psem, czasem – brzuszki w ciągu dnia w trakcie zabawy z Młodym. Najważniejsze, że jest urozmaicenie i nie jestem taka zastała w kościach, a o to przecież chodziło.

od marca – powyższe, plus wiosenne porządki. Duży projekt, bo zamierzałam zajrzeć w każdy kąt, do każdej szuflady i szafy i na każdy wieszak. W dodatku mieszkamy w domu po rodzicach taty Młodego, więc mamy jeszcze zaszłości po przodkach. Naprawdę jest co robić.

Od razu uprzedzam, że nie zakładałam codziennego porządkowania. Wzięłam pod uwagę rytm dnia, w jakim żyję i co jest realne, a co nie. Owszem, na siłę wcisnęłabym kolejne pół godziny. Tylko po co? Zwłaszcza, że nie byłoby to efektywne, bo znacznie lepiej działam w ciszy i skupieniu w czasie spania syna. Wtedy w ciągu dwóch godzin jestem w stanie zrobić jakiś jeden etap porządków. Taki system pracy przynosi znacznie lepsze rezultaty. A ponieważ w dni powszednie podczas drzemek dziecka pracuję, zostaje mi tylko opcja weekendowa. Tempo nie jest zatem zabójcze, ale jest.

W planach było przejrzenie wszystkich ubrań, zabawek, papierów, a także porządki w piwnicy, w kuchni, w lekach i kosmetykach oraz prace ogrodowe.

Udało się:

  • zrobić większość prac ogrodowych po zimie,
  • przejrzeć wszystkie lekarstwa (raz w roku robię przegląd leków pod kątem daty ważności; te przeterminowane trafiają do apteki, która zbiera takie medykamenty),
  • przejrzeć wszystkie zabawki i ubranka dziecięce, decydując, które są do zwrotu (sporą część mieliśmy pożyczoną), które do wydania (z własnych), a które ewentualnie na sprzedaż,
  • przejrzeć część własnych papierów (to katorżnicza praca – do tej pory byłam z tych, którzy nie wyrzucają, bo może się przydać, więc zapóźnienia mam straszliwe).

Przede mną najtrudniejsze, czyli własne ubrania i różne własne rzeczy (oraz rzeczy taty Młodego, oczywiście przy jego współudziale), a przede wszystkim piwnica. Na sam koniec zostawiam książki. Tym razem – wbrew zaleceniom, by największą żabę zjeść od razu – zostawiam ją sobie na koniec. Dzięki temu książki dłużej będą z nami 😉

Co właściwie jest celem moich wiosennych porządków? „Zminimalizm”. Nie, nie ma tutaj literówki. Idea minimalizmu ma zaletę – jest mniej przedmiotów. A ja ostatnio mam poczucie, że mamy w domu za dużo rzeczy. Chodzi więc o zminimalizowanie ich liczby. Chcę zostawić tylko to, z czego rzeczywiście korzystamy lub co jest dla nas naprawdę ważne. Wyrzuciłam mnóstwo pamiątek, które się „przeterminowały” i nie miały już dla mnie znaczenia, nie budziły emocji.

Postanowienie na kwiecień:

W tym miesiącu mam nietypowy projekt, bo zamierzam go wykonać i zapomnieć (a nie ciągnąć do końca roku). Mianowicie chcę ogarnąć wszystkie „spady i zwisy”, czyli to, co przepisuję z listy na listę. Chodzi m.in. o zapisy na kontrolne wizyty u lekarza (moje, w ramach przeglądu raz na jakiś czas), ogarnięcie rzeczy blogowych zostawianych do zrobienia w wolnej chwili (otagowanie tekstów i zdjęć, wprowadzenie słów kluczowych), a także wyrobienie nowych dokumentów i parę innych drobiazgów. Zwykłe sprawy, o niskim stopniu ważności (nie są pilne, a za to mało pociągające do realizacji). Zamierzam je ogarnąć w ramach akcji „Kwiecień – miesiącem zwisów i spadów”.

cdn.

 

 

Related Post

Share

4 odpowiedzi do “Test kaskady – podsumowanie marca”

  1. Genialny pomysł. Analizując swoje postanowienia noworoczne mam ich 8, a wiec takie rozłożenie w czasie ich realizacji to super pomysł. Wcielam w życie od dzisiaj. Dałaś mi motywację. Dziękuję

    1. Polecam się 🙂 Natalia – daj znać jak Ci idzie! Bardzo się cieszę, że Cię zainspirowałam 🙂 Moja motywacja do realizacji własnych celów dostała dzięki Tobie nowy zastrzyk energii 🙂 Również dziękuję 🙂

  2. Zwisy i spady-padłam :D, to moja wieczna zmora więc pożyczam sobie nazewnictwo, mogę? Minimalizm zagościł u nas już kilka lat temu, i szerze – nie wiem jak mogłam żyć bez niego. Nie wiem jak mogłam nie wyrzucać, nie rewidować na bieżąco tego co dostajemy i gromadzić, gromadzić, gromadzić…Obłęd. Teraz łatwiej się żyje. Dobry pomysł z tym stopniowym wprowadzaniem zmian, organizm mniejszy szok przeżywa 🙂

    1. a proszę bardzo – korzystaj 😀 no więc ja się oswajam może nie z minimalizmem (na pewno nie w ostrej formie) tylko ze zminimalizmem – z tym się czuję swobodniej. Nie mogę się doczekać tych pustek w szafach 😉 Właśnie dlatego, że organizm przeżywa mniejszy szok uważam, że w tej metodzie coś jest. Na razie – testuję dalej :d

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *