Moje 3 porażki asertywne

Gdy wymyśliłam, że będę prowadzić bloga Asertywna Mama, moim celem było ułatwienie kobietom – przede wszystkim kobietom – dogadania się w sytuacjach dnia codziennego.  Ale czy to znaczy, że jestem mistrzem asertywności i nigdy nie zaliczam wpadek? Otóż nie. Asertywna Mama też człowiek i czasem zdarza jej się wtopa, kiedy nie uda się jej – czyli mnie – zachować asertywnie. I nie zawsze ma to związek z odmawianiem.

Oto trzy przykłady z mojego życiorysu.

Sytuacja pierwsza

To były czasy, kiedy nie byłam jeszcze mamą. Pracowałam wtedy na etacie w organizacji pozarządowej. Szefowa należała do osób o zdecydowanym, wręcz porywczym charakterze i dość autorytarnym sposobie zarządzania. Otóż któregoś pięknego dnia, w piątek po południu, kazała mi przepisać jakieś dane do komputera – z kartek. Wiedziałam, że to bez sensu[dlaczego?], zdawałam sobie sprawę również z tego, że zajmie mi to wiele godzin i to w dodatku w czasie wolnym, bo zarządzenie przyszło tuż przed początkiem weekendu. Oponowałam, ale nie udało mi się znaleźć żadnego argumentu, który by ją przekonał. Dostałam polecenie służbowe i już. Do dzisiaj pamiętam niedzielę, w trakcie której przez kilka godzin z zaciśniętymi zębami i łzami w oczach pisałam coś z poczuciem bezsensu, porażki i straty czasu.

Ta sytuacja miała ciąg dalszy. Bodajże dwa dni później szefowa,– uwaga! – przeprosiła mnie za to, że musiałam to przepisać, przyznając mi rację, że rzeczywiście było to bez sensu. Satysfakcję mogłam oprawić sobie w ramki i powiesić na ścianie, bo straconej niedzieli nikt mi nie zwrócił. Pyrrusowe zwycięstwo w czystej postaci.

Sytuacja druga

Świeże zdarzenie. Kolejka do kasy w dyskoncie. Przesuwa się wolniej, niż oszacowałam, gdy ją wybrałam. Denerwuję się, bo oczywiście się spieszę. Emocje rosną, czuję, że robi mi się gorąco. Za mną mężczyzna w wieku z grubsza okołoemerytalnym. Stoi zdecydowanie za blisko mnie. Nie, nie dotyka mnie, ale ewidentnie przekracza moją strefę prywatności. (Zauważyliście, że ludzie automatycznie zachowują między sobą pewną przestrzeń, dystans, nawet jeśli jest tłok? I jeśli ta odległość jest zbyt mała, to człowiek odczuwa dyskomfort.) Odsuwam się tyle, ile mogę, ale nie mam dużego pola manewru, bo stoję w wąskim gardle, przede mną koszyk, a przed nim inna klientka – nie wjadę jej przecież w tył.

Co robię? Otóż… nic, tylko dalej cierpliwie czekam. Może mi się tylko zdaje, że stoi za blisko? Poza tym przy samej kasie jest więcej przestrzeni, tam będę miała wolne miejsce.

Wreszcie moja kolej. Przesuwam się i facet wciąż stoi mi dosłownie na plecach! Szlag mnie trafia. Ale nadal nic nie mówię! W końcu, kiedy już przy płaceniu facet znowu się znalazł tuż przy mnie, nie wytrzymałam i wybuchnęłam: „Przepraszam, ale czy może pan stać trochę dalej, przepraszam, ale już się nie mam gdzie odsunąć” i dalej w ten deseń. Facet coś bąknął, kasjer się dziwnie spojrzał. Ja, czerwona, złapałam zakupy i resztę i w nogi.

Sytuacja drobna i absurdalna? Zapewne. Ale nie zmienia to faktu, że najpierw nie zrobiłam NIC, a potem wybuchnęłam i jeszcze bez sensu przepraszałam. Czyli wyszło mi zachowanie agresywno-uległe. Jeśli chodzi o postawę asertywną, jest to doskonały przykład dydaktyczny, jak NIE NALEŻY się zachowywać.

Sytuacja trzecia

Historia niedawna. Dyskusja z tatą Młodego na temat jakiejś codziennej kwestii. Coś totalnie błahego, już nawet nie wiem, czego dotyczyła rozmowa. Pamiętam tylko, że ja miałam swoje zdanie, tata Młodego – swoje, tyle że inne niż moje. Ale WIEDZIAŁAM, że moje zdanie jest tym właściwym (czasem po prostu się to WIE – prawda? 🙂 ) I koniecznie chciałam usłyszeć przyznanie mi racji przez tatę Młodego.

No więc przedstawiam swoje argumenty – tata Młodego prezentuje odmienną opinię. Próbuję z innej strony – tata Młodego bez zmian, moje uwagi nie trafiły. Zaczynam się irytować (jakże dojrzała i wyważona postawa) – tata Młodego nic. Szlag mnie trafił, zostawiłam rozmowę i poszłam z psem na spacer.

Wtedy zaczęłam myśleć i analizować sytuację (to zrozumiałe – w końcu jestem nie tylko kobietą, ale również z wykształcenia psychologiem). I nagle mnie olśniło.

Trąbię na wszystkie strony: „Masz prawo mieć własne zdanie, nikt nie może Ci tego zabronić”. Jednocześnie akcentuję, że drugiej stronie też przysługuje takie prawo. Tyle że w tej konkretnej sytuacji NIE DAŁAM tacie Młodego prawa do własnego, odmiennego niż moje, zdania. Szewc bez butów chodzi! 🙂

Trochę mną ta świadomość wstrząsnęła. Rzeczywiście, była to prawda: nie dałam tacie Młodego prawa do tego, by mógł pozostać przy swoich przekonaniach. Z góry założyłam, że skoro wiem, że moje zdanie jest tym właściwym, to po przedstawieniu go przeze mnie tata Młodego automatycznie zmieni swoje poglądy. Nawet nie brałam pod uwagę innej opcji.

Epilog – do dyskusji już nie wróciliśmy. Jak wspomniałam, nie była ona niezwykle ważna i dzisiaj nawet nie umiem powiedzieć, czego dotyczyła. Pamiętam tylko swoje emocje i wspomniany ciąg dalszy.

***

To tylko trzy przykłady moich komunikacyjnych (w sensie asertywności) wpadek. Pamiętam je, bo dzięki nim czegoś się nauczyłam i wyciągnęłam z nich pewne wnioski.

Po pierwsze – tata Młodego POWINIEN był zmienić zdanie na moje… Oczywiście żartuję 😉 A tak na poważnie – dowiedziałam się czegoś o sobie. Nie lubię, jak tata Młodego nie przyznaje mi racji, kiedy WIEM, że ją mam 😀

Po drugie – mimo wszystko warto negocjować z szefem. Generalnie zawsze trzeba dać szansę i sobie i szefowi i szukać skutecznych argumentów.

Po trzecie – gdy człowiek czuje się źle w jakiejś sytuacji, warto o tym powiedzieć, zamiast dusić w sobie emocje. Emocje kumulowane się mszczą i wybuchają w niekontrolowany sposób, a wtedy jest tylko gorzej. I po co nam to?

Po czwarte – co jakiś czas zdarzy się niepowodzenie. I świat kręci się dalej.

A Tobie zdarzyły się wpadki komunikacyjne, które pamiętasz? Jakie wnioski z nich wyciągnęłaś?

PS. Tekst powstał w maju. W międzyczasie jestem po kilku świeżutkich porażkach. Może nawet powstanie część druga tekstu. 😉

Related Post

Share

30 odpowiedzi do “Moje 3 porażki asertywne”

  1. Moja asertywność leży i kwiczy… od zawsze. Nie wiem jak się do tego zabrać, by w końcu wszyscy mnie usłyszeli i szanowali moje zdanie tak, jakbym sobie tego życzyła…

  2. Ja przyznam, że po ciąży jestem bardziej asertywna niż przed. Gdy miałam 25 lat odbywalam staż.Kierowniczka traktowała mnie jak sługusa. Nie mogłam za bardzo się stawiać, bo dala mi jasno do zrozumienia, że może mi napsuć opinię, że w przyszłości będę miała problemy ze znalezieniem pracy.Więc zaciskalam zęby a w domu płakałam.Dobrze że miałam fajne koleżanki i jedna z nich mi pomogła.Otóż za jej namową pokserowalam wszystkie moje pisma które mialam dać do PUP tam byly wyznaczone moje obowiązki i czego pracodawca nie może wzgl.mnie rządać.Gdy kierowniczka znów zaczeła kazać mi robić coś czego nie powinnam bo nie mialam uprawnień ani nie moglam bez opiekuna opuszczać placowki, pokazalam jej to i powiedzialam że jesli nadal będzie mnie zmuszała zadzwonię do urzędu i wszystko im przedstawię.Byla zdziwiona źe się jej postawiłam ale dała mi spokój.Gdy staż się skończył odetchnęłam z ulgą.

  3. Opisana druga sytuacja jest u mnie dość częsta. Nie chodzi o konkretną historię a zachowanie. Często gryzę się w język zdecydowanie za długo, chcę być uprzejma i nie sprawiać nikomu przykrości po czym dochodzę do takiego punktu w którym samym wzrokiem mogłabym zabijać. Zamiast od razu zareagować kulturalnie wybucham po godzinie i jest draka.

  4. Ja czasem też polegam- i to głównie w sytuacji z bliskimi, albo jak mi na czymś zależy :/.
    Ale z obcymi- wypalam od razu, potem myślę i analizuję, czy to było rozsądne 😉

  5. Porażki, takie czy inne, są wpisane w nasze życie. Najpiękniejsze w nich jest to, że się na nich uczymy. Po to są. I po to żeby uczyć nas pokory. Ostatnio w szkole miałam zajęcia właśnie z asertywności. Byłam ich strasznie ciekawa, bo przyznam szczerze samo określenie „asertywność” nie do końca było dla mnie jasne. Słyszałam bowiem tyle definicji, że ciężko mi było stwierdzić o co właściwie chodzi. No i dowiedziałam się. A najlepiej z tych zajęć zapamiętałam to, że każdy z nas ma prawo żyć i działać wg własnych reguł. Dopóki nikogo nie krzywdzimy mamy do tego prawo. I, że nie mamy obowiązku się z nich tłumaczyć. To podoba mi się najbardziej. Choć to strasznie trudne, bo pierwsze zwykle co przychodzi mi do głowy to odpowiedź na pytanie „a dlaczego?”. do tej pory zaczynałam właśnie się tłumaczyć. Dzisiaj mówię „nie mam obowiązku się z tego tobie tłumaczyć. a jeśli rani to Twoje uczucia, przykro mi”. that’s it. ściskam.

    1. pytanie tylko, czy rzeczywiście jest to uleganie, czy po prostu nie jest to tak ważna sprawa? Zawsze przy tym można się na coś umówić – ale to oczywiście zależy od sytuacji i od wieku cór 🙂

  6. Bycie osobą asertywną nie jest z pewnością rzeczą prostą. Samej również zdarza mi się polec na tym polu ale ciągle staram się nad asertywnością pracować i są już jakieś efekty 🙂

  7. Właśnie….szewc bez butów chodzi 😉
    Najwięcej takich porażek zaliczam w rozmowie z mężem….zazwyczaj mamy inne zdania i każdemu z nas się wydaje, że to właśnie on ma rację! Ale ćwiczę! 😉

  8. Nawet najbardziej obyty z technikami komunikacji człowiek ponosi porażki i to tylko pokazuje, że jesteś człowiekiem 🙂
    Jeśli chodzi o Twoją sytuację w pracy, to u mnie już byłaby wojna na noże. Bezsensowna praca w niedzielę? No way!

  9. Oj, czasem to łatwo powiedzieć. O ile jeszcze bliskiej osobie wyłożę kawę na ławę, o tyle obcym boję się postawić. Przykład: dziś u lekarza. Godzina 13.30, ja na tę właśnie godzinę zapisana. Przede mną przyszedł pan na 13.45 i pani „bez godziny”. Gdyby nie to, że mieli trochę przyzwoitości i mnie przepuścili, to pewnie czekałabym grzecznie (zapieniona w środku), aż skorzystają z wizyty wszyscy, którzy mają na to ochotę. I co tu zrobić? 🙁

    1. Rzeczywiście dla niektórych osób łatwiejsze jest rozmawianie z osobami bliskimi a dla innych z osobami obcymi. Nie ma tutaj reguły. Co do przykładu z lekarzem. Przyznaję, że samej zdarza mi się… zadać w takiej sytuacji pytanie – „jaka jest przyjęta zasada, czy wchodzi się wedle godzin czy kolejności przyjścia?”. Zawsze się okazuje, że wedle zapisów na godzinę 😉 Pomocne w razie czego może być odwołanie się do wyższej instancji czyli recepcji lub lekarza. Wiadomo – co lekarz powie jest święte 😀

      1. Nooo, tylko że zrobić rozróbę na korytarzu, a potem siedzieć wśród tych ludzi… sama przyjemność :(. Ale pracuję nad tym! 😀 Dzięki za rady – będę testować.

    1. Oj wiem, co masz na myśli… Śmieję się potem z siebie, że mam refleks rewolwerowca z Dzikiego Zachodu, jeśli chodzi o wybuchy słowne. Sama siebie zaskakuję tempem 🙂 I rzeczywiście jest bardzo trudne do opanowania. Czasem udaje mi się zauważyć, że już wybuchłam i… zamilknąć w pół zdania. Ale nie zawsze mam takie sukcesy 😀

    1. Jeśli mogę coś doradzić – to bym zaczęła – pojedynczo. Wybrałabym sobie jedną sytuację, na której chcę potrenować albo taką która doskwiera. I najpierw bym wstępnie przygotowała sobie kilka wariantów (zwłaszcza, jeśli jest to sytuacja z powtarzalnym rozwojem wypadków). W ten sposób w głowie zaczyna się układać nowy sposób myślenia. Jeśli dotyczyłoby to rozmów telefonicznych to nawet bym spisała sobie teksty ku pamięci. A potem – ćwiczyłabym. Na pewno warto dać sobie czas, bo zwykle trochę czasu zabiera zmiana sposobu komunikacji. Warto dać sobie też prawo do tego, że nie będzie idealnie od początku, albo że np. się nie uda. Nie uda się raz, nie uda drugi, ale w końcu się uda. Natomiast jeśli nie będzie się próbować – na pewno się nie uda 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *