Z dziećmi naprawdę nie trzeba wiele

Są ojcowie, którzy nie wiedzą, w którą stronę założyć śpiochy swojemu dziecku. Są tacy, którzy nie wiedzą do jakiej placówki chodzą ich dzieci. Są ojcowie, którzy stają się bohaterami skeczu Joanny Kołaczkowskiej – „Pralka” i rysunków satyrycznych.
Są też tacy, którzy od początku angażują się w opiekę nad dziećmi. A gdy te podrosną, pasjami… lubią z nimi rozmawiać i spędzać z nimi czas. Jak to możliwe? Skąd ten rozdźwięk?
Oto rozmowa, którą odbyłam z Krystianem Hanke w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie skąd się bierze #TataNieFajtłapa?

Wywiad rzeka z Krystianem Hanke

Tatą 8-letniego Tośka i 4-letniej Alicji, dziennikarza radiowej Trójki, autora audycji Projekt Tata 3 oraz projektu Odklejki. Audycje na antenie od poniedziałku do czwartku ok. 7.27.

O podstawach

Magda: Zgodnie z moim założeniem, pierwsze pytanie będzie retoryczne. Umiesz założyć pampersa, prawda?

Krystian Hanke Umiem. I to tak, że z przodu jest przód, a z tyłu tył. Aczkolwiek zawsze się zastanawiałem, czy dobrze zakładam. Tzn. musiałem to robić z uwagą – nigdy automatycznie. A wynikało to chyba z tego, że na tym etapie rodzicielstwa rodzice są strasznie zmęczeni i niewyspani i są w stanie założyć to odwrotnie. Nawet nie traktuję tego jako wadę, bo wydaje mi się, że mimo wszystko wynika to z jakiegoś zmęczenia, dzieje się przez pomyłkę. Trochę nie wierzę w tych tatusiów, którzy nie potrafią założyć pampersa, ale może tacy faktycznie są. Może obracam się wśród ludzi, którzy przynajmniej pampersa umieli założyć. Ale umiem, tak.

To jeszcze zapytam, jak długo się tego uczyłeś?

Wiesz co, nie uczyłem się tego długo. Sumiennie chodziliśmy na szkołę rodzenia, aczkolwiek nie do ostatniego odcinka.  Tosiek urodził się wcześniej, zdaje się, że przed ostatnią lekcją. Ale najważniejsze było. Czyli kąpanie, trzymanie dziecka, układanie… I tak to potem zapomniałem. Rzeczywiście dobrze jest tam chodzić, bo wyrabia się podstawy, nawyki, co wolno, czego absolutnie nie. Ale potem wszystko okazuje się w praniu. Wszystko jest tak naprawdę tylko i wyłącznie w praktyce. Oczywiście jak ktoś będzie sumiennie ćwiczył, także między poszczególnymi lekcjami w szkole rodzenia, to nabędzie tej wprawy w sposób mistrzowski. To jest po prostu trening. Zobaczyć, jak to jest, przećwiczyć raz – gdzieś to zostanie. Ale tak naprawdę wszystkiego uczymy się powoli podczas przewijania, kąpania, układania, trzymania na ręce. Dobrze wiedzieć, że głowa opada do tyłu, że małemu dziecku trzeba przytrzymać głowę. Ja chyba nawet za bardzo w to wszedłem, bo bardzo się przejmowałem. Głowę trzymałem aż zanadto. Myślę sobie, że byłem trochę nadopiekuńczy w kwestii obsługi dziecka. Tzn. nie bałem się, ale asekurowałem się jeszcze trzecią ręką, której nie mam, ale wydaje mi się, że  gdzieś tam jeszcze istniała… Żeby nic się nie stało temu malcowi, który jak się urodził, to miał dwa kilogramy. To było naprawdę chuchro. Prawie można było go wziąć jedną ręką, ale wiadomo – tę głowę trzeba przytrzymać, no to nie dało się tak jedną ręką. Dbało się o to bardzo mocno. Szybko przytył, ale na początku tak było.

A odkąd wiedziałeś, że będziesz się od samego początku zajmował dzieckiem? W którym momencie miałeś taki błysk w oku i wiedziałeś, że będziesz się zajmował takim malutkim noworodkiem? Gdy się dowiedziałeś, że będziecie mieć dziecko, wcześniej czy dopiero jak je zobaczyłeś, jak wziąłeś na ręce?

To wynika chyba z moich cech charakteru. Zawsze umiałem funkcjonować w grupie. Nigdy w życiu nie było ze mną problemów na koloniach, na obozie, w klasie itd. Zawsze wiedziałem, że za coś jesteśmy odpowiedzialni wspólnie, za zadanie, za wykonanie czegoś, za jakiś projekt. Nie wyobrażam sobie – i nie było nigdy takiego momentu – że rodzi nam się dziecko, a ja zajmuję się pracą albo tylko drobnym wycinkiem. Nie było we mnie takiej myśli. Nie chodzi tu o jakieś wielkie słowa czy patos z tym ojcostwem. Wręcz przeciwnie – w ogóle nie lubię używać patosu. To było wspólne zadanie. Dziecko? No to trzeba to dziecko najpierw dostosować do życia po jego życiu w okresie płodowym, co nie jest łatwe. Może niektórzy twierdzą, że nie jestem empatyczny. Z drugiej jednak strony, jak sobie pomyślę, że dziecko, które nagle z takiej banieczki w wodzie – ciepłej, fajnej, którą mama kołysze, nosi w brzuchu – wychodzi na ten czasami chłodny, wietrzny, podły świat, to jest to zderzenie straszne. Myślę, że największy twardziel jest wtedy w stanie znaleźć w sobie te pokłady empatii. Ale jak już te pierwsze tygodnie upłyną, to też oczywiście nie wyobrażam sobie sytuacji, że co – że ja nie zajmuję się tym dzieckiem? Że tylko moja żona to robi? Bez sensu. No kurczę, nie ma takiej opcji! Opcja nieaktywna, że dziecko wychowuje się tylko z mamą. To po pierwsze. A jak do kogoś to nie dociera, to może w sobie uruchomić pokłady ego. Jak to, to ja nie będę przy tym obecny? Ja tego nie zrobię, ja tego nie będę potrafił?

Co, ja nie dam rady?

Tak, ja nie dam rady? Albo na przykład, że to dziecko było 9 miesięcy w brzuchu mamy, potem mama je karmi… No ale zaraz, a gdzie jest mój czas? To jest mój czas! Na przykład kiedy wychodzimy na spacer… Myśmy z Tośkiem bardzo dużo spacerowali, naprawdę. I to był taki moment, kiedy obaj odpoczywaliśmy, bo dziecko na spacerze częściej śpi albo rozgląda, bo ma jakieś bodźce. Mogłem do niego mówić, on się do mnie przyzwyczajał. Przecież jak dziecko leży w wózku, to patrzy do góry, czyli widzi moją twarz i przyzwyczaja się do niej. Kiedy ma się przyzwyczajać, jak poza tym jestem w pracy albo ono śpi? No kurczę, nawiązujemy ten kontakt, to jest super. Nie kangurowałem za bardzo, chociaż tak naprawdę ten kontakt zawsze był, przytulaliśmy się od samego początku, tak jak od samego początku mówię moim dzieciom, że je kocham i nie wstydzę się tego. Myślę, że faceci też mogą mieć z tym problem. A dzieci nie mają problemu z tym, żeby odpowiadać. Mówmy o uczuciach! Uczucia są bardzo ważne. Poza tym nie jestem człowiekiem idealnym. Zaraz pewnie do tego dojdziemy, ale wiem, że potrafię też huknąć na jedno i drugie, jak już mi po prostu nerwy nie wytrzymują, ale według mnie życie właśnie takie jest. Jest trochę tej smutnej strony i trochę tej fajnej. Kiedy tak globalnie myślę o tym moim ojcostwie – jeśli mogę użyć słowa „globalnie” – to dochodzę do wniosku, że te złe chwile gdzieś z nas potem ulatują, a zostają te dobre. Jeśli nie dostarczymy dzieciom – my, jako ojcowie – tych dobrych chwil, tylko będziemy albo zbyt surowymi ojcami, albo nieobecnymi ojcami, to one nie będą mieć z nami żadnych wspomnień. I to jest przerażające. Wierzę, że dobro zawsze ma w pamięci silniejsze geny i zostanie. […] Dobrze więc zostawiać dużo dobrych wspomnień, działać z dziećmi, być obecnym. Dlatego nie wyobrażam sobie takiej opcji, że mnie nie ma. Mogę się podzielić obowiązkami, możemy to ustawić wedle jakiegoś grafiku, który jest aktualnie priorytetowy, bo praca, bo ktoś przyjechał czy wyjechał. Ale zasadniczo, dziecko jest naszym wspólnym zadaniem. Nie chodzi o to, by o nie rywalizować. Ono po prostu musi widzieć, że jest grupa. Świetnie to widzę po mojej córce. Bo syn przez cztery lata był jedynakiem i zupełnie inaczej się zachowuje w niektórych sytuacjach niż moja córka, która urodziła się w grupie czteroosobowej. Ona nawet nie wyobraża sobie rodziny trzyosobowej. Dla niej my już jesteśmy grupą, ona się w takim dużym świecie urodziła. Zawsze zapyta o Antka. Jak kupuję coś dla niej, to pyta: „A co dla Antka?”. Nie „czy”, ale „co” dla Antka kupimy. „A Antek idzie z nami?” Ona zawsze o niego zapyta, bo on jest częścią grupy. Ja jestem częścią, moja żona jest częścią – to ważne, że się tworzy taką rzecz. Z takiego założenia wychodzę. Myślę, że jest to kwestia oceny post factum. Wcześniej się nad tym nie zastanawiałem. Ale nie było opcji, że mnie nie ma.

O ojcostwie

To była, jak to się nieelegancko mówi, „oczywista oczywistość”, że jesteś.

Ja nie wiedziałem, jak to będzie wyglądało. Nie byłem pewny, czy mi się uda. Ale jest zadanie – trzeba je wykonać. Co się będę zastanawiać, czy się uda. Jak już się Antek urodził, to w pewnym momencie zacząłem się bać: „Kurczę, jak on będzie miał 10 lat, trzeba mu będzie pokazać jazdę na rowerze, to już wcześniej, ale jakąś wspinaczkę, a ja się nigdy nie wspinałem. Na pewno będzie chciał pojechać na wyprawę do parku linowego, a ja mam trochę lęk wysokości.” Takich rzeczy się bałem. Ale teraz sukcesywnie wchodzimy w to razem. Czuję się trochę jak duże dziecko i nie wstydzę się także uczyć nowych rzeczy przy synu. Nie mam poczucia, że muszę być hero – tatą-bohaterem, który wszystko umie i wszystkiego nauczy. Nie. Myślę, że między nami jest taka relacja, że on w ogóle nie zwraca na to uwagi. Ważne, żebyśmy robili coś razem. Obok siebie. Bym ja spróbował, by on spróbował. To wtedy ma sens. Nie ma rozczarowań, jakiegoś napięcia. Napięcie spadło. Jestem tatą i to jest strasznie fajne.

Wróćmy na chwilę do początków. Ustalaliście z żoną jakiś podział ról? Że każdy będzie się zajmował tym i tym, czy to była wymienność? A może mieliście grafik? Jak to wyglądało? Chodzi mi o czynności pielęgnacyjne przy małym dziecku.

Grafiku nie mieliśmy. Mnie się bardzo długo wydawało, że „ha, co to dla mnie – wstawanie do dziecka w nocy”. Wstaję codziennie o 4.30 z racji zawodu, bo o 6 rano muszę być w radiu. „Co to jest dla mnie 4.30? Jak zacznie płakać, wstanę o tej 4.15 czy chwilę wcześniej, nakarmię i przewinę.” Potem się jednak okazało, że to nie jest takie proste, bo ten tryb życia powoduje, że jestem wiecznie niedospany i zmęczony (do tej pory tak mam). Chyba naturalnie jednak moja żona przejęła więcej obowiązków tego typu. Nie kłóciliśmy się o to. Jak powiedziała „przewiń”, to ja to robiłem, ale siłą rzeczy więcej było na jej głowie. Z racji tego też ona była w domu. Ja byłem tylko na początku, na dwutygodniowym urlopie, a potem chodziłem do pracy. Miałem jednak świadomość, że moja praca nie wymaga siedzenia od 8 do 18. Wręcz przeciwnie – wcześnie zaczynam, ale też wcześnie wracam. Czasem muszę jechać jeszcze raz. Pozwala mi to na bycie w domu, załatwianie spraw tak doraźnie. Jak jestem w południe, to znaczy, że mogę wyjść z dzieckiem na spacer, zależnie od sytuacji. Z tego, co pamiętam, większość rzeczy ustalaliśmy przy okazji. Nie musieliśmy sobie tego planować. Moja żona, będąc na urlopie macierzyńskim, odstawiła pracę. Zrobiła to świadomie z racji tego, że nie bardzo wiedziała, w co wchodzi. Nie chciała brać na siebie dwóch zadań. Wiedziała, że dziecko to nic strasznego, ale że trzeba się tym po prostu zająć. Nie „tym” dzieckiem, tylko „tym” w sensie „obróbki” dziecka i życiem z młodym człowiekiem. Dlatego być może było nam łatwiej, bo reagowaliśmy na bieżąco. […] Nie jestem zresztą zwolennikiem równego podziału: to, to i to. Róbmy to, w czym czujemy się lepiej, mocniej albo sprawia to nam większą frajdę. Jak ktoś np. nie ma ochoty na spacer z wózkiem, bo już go nogi bolą, wolałby usiąść na chwilę, odpocząć i napić się kawy, to niech to drugie pójdzie z dzieckiem na spacer. Jeśli ktoś ma głęboki sen w nocy, to niech sobie śpi, a ta druga osoba wstaje i przewija w nocy. Myślę, że jest to kwestia do dogadania, na podstawie tego, co wyjdzie w praniu. Bo możemy sobie ustalać mnóstwo rzeczy w czasie ciąży. Ja byłem bardzo świadomym ojcem oczekującym, robiłem o tym program w radiu. Mnóstwo rzeczy omówiłem z ekspertami, próbowałem się wyspać na zapas. Ale gdy dziecko się pojawia… Tosiek był wcześniakiem. Przez trzy miesiące miał problemy zdrowotne. Wtedy, na początku jego życia, nic nie było ważne. Najważniejsze było wyniesienie go do poziomu zdrowego dziecka. I być może to nas zahartowało, że jesteśmy zadaniowi. Trzeba zrobić zadanie? Dobra. Zadanie – rzecz najważniejsza. O ironio, to wcześniactwo właśnie nam pomogło w to wejść. Bo zwykle na początku jest fajnie: zdjęcia, fejsbuk, srejsbuk, wysyłamy, znajomi dziękują, gratulują, ekstra, fajnie. Potem przychodzi drugi tydzień i trzeci, kiedy człowiek już zaczyna być zmęczony. A jeszcze gdy mama ma baby bluesa albo inne psychiczne zawirowania, ojcowie też podobno teraz miewają… Mam wrażenie, że u nas w rodzinie przeszliśmy taki test na początku, że potem w zasadzie już praktycznie mieliśmy taką „instrukcję”. Przeszliśmy te jazdy po przychodniach, szpitalach, po kilka razy w tygodniu, zastanawianie się, czy on zje, czy nie zje, bo żółtaczka, jakieś porady, co zrobić. Po tych trzech miesiącach odetchnęliśmy z ulgą. Wyszliśmy na prostą i były już normalne rzeczy. Oczywiście też tak samo męczące. Ja mam 1,93 cm, jak taki mały szkrab zaczął chodzić, mój kręgosłup dawał mi się mocno we znaki. Ale cóż, jakoś trzeba było sobie z tym radzić. I tak było już lepiej. A z drugim dzieckiem, to wiadomo – zawsze jest łatwiej. Jak spadnie smoczek to dmuchamy i oddajemy, a nie, jak przy Tośku, parzymy trzy razy, patrzymy pod światło, czy nie ma tam na pewno żadnego paprocha itd. Alicja miała trochę inne życie, ona przyzwyczaiła się do życia w grupie, inaczej do tego podchodzi. Ona widzi, że uwagę trzeba dzielić między wszystkich . Chociaż oczywiście walczy o swoje. Tosiek też nam pomagał, chodził na spacery, przy okazji jego się wietrzyło, szło się z ojcem na spacer, dużo rzeczy wychodziło naturalnie. Ale nie wiem, z czego to wynika, może z jakiejś cechy charakteru. Nie to, że jestem jakiś fajny, ale po prostu zadaniowy. Myślę, że zadaniowość dość wiele ustawiła nam w życiu. Moja mama należała do harcerstwa, ja nie, ale pewnie gdzieś w genach to zostało.

O kolegach-ojcach

Czy jesteś ewenementem wśród swoich znajomych jeśli chodzi o zajmowanie się dziećmi? Mam na myśli kolegów.

Mam takie szczęście, że chyba nie jestem ewenementem. Mówię o szczęściu, bo fajnie jest być w takiej grupie, gdzie koledzy, nie w ramach rywalizacji, ale po prostu przez podobne zachowania ciągną cię w górę. Być może to, co powiedziałem w poprzednim pytaniu, że nie wyobrażałem sobie innej opcji, wynika właśnie z tego. Bo kiedyś były inne czasy. Ja to odkreślam, chowam to na karty historii, to jak kiedyś wychowywano dzieci. Tak było, nie mam do nikogo żalu, do mojego taty, że ciężko pracował i przyjeżdżał, jak już spałem. Natomiast myślę sobie, że to fajne, że moi koledzy też potrafili znaleźć czas w swojej karierze zawodowej, żeby być ze swoimi dziećmi i są obecni do tej pory, nawet bardziej niż ja. Mam wiele takich przykładów – kolegów, których naprawdę podziwiam. Co prawda mają inny zawód – wolny, pracują w domu. Jest internet, są podłączeni, mogą robić projekty nawet w nocy, ale rzeczywiście zajmują się dziećmi i widzę, że są zaangażowani, jeżdżą na wycieczki, wyprawy. Też staram się to robić. Natomiast nie widzę w tym jakiegoś specjalnego nowatorstwa. Nie wiem, kto kogo uczył, ale myślę, że nie chodzi również o naukę. Może po prostu trafiłem na fantastycznych znajomych i przyjaciół wokół siebie.

Bo kto z kim przestaje…

W moim przypadku to przysłowie absolutnie może się sprawdzić. Jeszcze jedna ważna sprawa – my też nie jesteśmy przesadnymi ojcami, którzy robią jakieś wielkie rzeczy. Ktoś powie, że akurat ja robię, bo potem opowiadam o tym w radiu. Tak się po prostu złożyło.

O byciu tatą

Tobie za to płacą. 🙂

Tak, właściwie jestem najszczęśliwszym ojcem na świecie. Jestem tatą, jestem tatą troszkę zawodowym i jeszcze mi za to płacą.

I jeszcze możesz o tym mówić i nikt się temu nie dziwi.

To prawda – mogę o tym opowiadać. Niektórzy powiedzą, że się tym chwalić. J Mam z tego powodu dużo satysfakcji. Chociaż miałem dużą przerwę. W radiu byłem tatą oczekującym, potem coś się urwało, przez jakieś 6 czy 7 lat robiłem coś innego. Ale ta moja kreatywność i to, co robię dziś, było nadal, tylko o tym nie opowiadałem. Potem pojawiły się media społecznościowe, każdy lubił sobie jakieś zdjęcie wrzucić, pochwalić się czymś. Ja szybko przerzuciłem się na te historie komunikacyjne z dziećmi. Staram się jak najwięcej rozmawiać z dziećmi, czasem nawet za dużo, śpiewamy w samochodzie. Zawsze pozwalam dzieciom śpiewać, nie tylko w samochodzie, ale jak jedziemy do szkoły rano, w piątki. Bo od poniedziałku do czwartku jeździ moja żona, z racji tego, że jestem w radiu. Ale piątek to jest mój dzień, więc jeździmy, śpiewamy, wracamy po południu w tych korkach. Dzieci są zawsze wypytywane o wszystko, jak nie chcą rozmawiać, to nie, wtedy mówię sobie „spokojnie, nic na siłę”, ale jak same chcą mówić, to mówią. I to jest właśnie fajne, trzeba dużo rozmawiać. Moje dzieci w ogóle szybko zaczęły mówić, więc zacząłem bardzo uważnie słuchać i spisywać. Stąd powstał projekt Odklejki, który robię na Facebooku. To jest moja druga fajna sprawa, w którą też wciągnąłem wielu rodziców i bardzo się z tego powodu cieszę. Uważam, że dzieci są bardzo mądre, bardzo fajne, są naturalne, szczere i trzeba to pielęgnować. Te rzeczy, które mówią, to jest coś takiego nie zagospodarowanego, co znika w przestrzeni. Zdjęcia mamy, natomiast słowa i teksty najszybciej wypadają z pamięci. Dlatego bardzo się cieszę z każdego nowego rodzica, który odkrywa Odklejki: „to jest fajne, ja też takie coś mam, podeślę panu”. Podsyłać. Ja wszystko archiwizuję, systematycznie, bardzo się tym przejąłem. Oprócz Projektu Tata to jest mój drugi projekt, który prowadzę, trochę radiowo też. Ale ta komunikacja z dziećmi, właśnie to, że zauważyłem te słowa, to jest taka nasza swoista więź. Bardzo chciałbym być w przyszłości – to jest moje marzenie – przyjacielem moich dzieci, żeby nie bały się powierzyć mi tajemnicy. Na tym mi chyba najbardziej zależy. To jest pytanie, którego nie zadałaś i może nie zadasz, ale może ci się to przyda, o moich marzeniach jako taty. Chciałbym być powiernikiem ich tajemnic i mieć taką siłę w sobie, by nie ingerować w każdą sprawę jakimiś poradami, ewentualnie wyznaczeniem kierunku. Ale żeby wiedzieć, co się dzieje, żeby ewentualnie po swojemu jakoś to przeanalizować, żeby nie zawsze się wymądrzać. Tego słowa mi zabrakło. Nie chcę się wymądrzać, ale wiedzieć, co się z nimi dzieje, żeby nie obawiały się mówić mi o tym. Na razie moja córka nie chce mi zdradzić imienia kolegi, który jej się podoba w przedszkolu, ale pracuję nad tym. J Nieinwazyjnie, ale dowiem się J. Chciałbym, żeby było to między nami normalne. Bardzo też dbam o więzi między nimi. Wynika to może z mojego irracjonalnego lęku, że różne rzeczy mogą się zdarzyć, coś może stać się mnie, mojej żonie, nawet nam obojgu, a oni zostaną sami. Oboje z żoną nie mamy rodzeństwa. Moją największą radością jest obserwowanie ich relacji, tego, co się między nimi dzieje. To mi trochę zastępuje radio, które mam na co dzień, więc po pracy już nie muszę słuchać radia, słucham ich. W ogóle przestałem oglądać telewizję, bo patrzę, jak oni wpadają w te konflikty, rozwiązują je między sobą, coś tam robią dobrego, coś złego – dla mnie jest to fascynujące. Nie chcę pisać o tym jakiejś pracy, bo to jest dla mnie. Ale bardzo dbam o te relacje. Staram się, żeby jedno o drugim pamiętało, w przypadku Alicji nawet specjalnie nie muszę. Tośkowi czasami trzeba przypominać, że ma siostrę. Ale to, jak oni się do siebie przytulą, i to tak naturalnie, bardzo mnie wzrusza. Nie powinienem się może wzruszać. Chociaż nie wiem, może powinieniem. Ale czasami wręcz mam mokre oczy, jak patrzę, jak oni się przytulają tak po prostu, podczas zabawy – wygłupiają się, a potem przytulą. Chciałbym, żeby to trwało razem z tą więzią przyjaźni. To jest, coś nad czym pracuję, jeśli chodzi o ojcostwo. Reszta to dodatek – czy pójdziemy do kina, czy na plac zabaw, czy po prostu usiądziemy na ławce i popatrzymy przed siebie, milcząc – to nie ma znaczenia. Ważna jest obecność, żeby ta więź się rodziła i ten obraz w nich pozostawał. Bo tego nic nie zastąpi. Nic.

O stereotypach

To skąd się biorą te satyryczne rysunki, ten skecz Joanny Kołaczkowskiej („Pralka”), posty typu: mój mąż założył dziecku rajstopki młodszego, a co zmalowali wasi mężowie? A pod spodem setki komentarzy. To się nie bierze znikąd.

Nie lubię generalizować. Nie czuję się na tyle mocny, żeby kreślić jakieś zjawiska socjologiczne. Wszystko, co powiem, jest wyłącznie moim podejrzeniem albo podpatrzeniem. Wydaje mi się, że część tego typu rzeczy powstaje trochę z potrzeby podniesienia własnej ważności wśród mam. „Ja urodziłam to dziecko, wykarmiłam, a on nawet nie chce czegoś tam zrobić”. Myślę, że wielu z tych ojców potrafi zrobić masę innych fantastycznych rzeczy, ale o tym się nie opowiada w towarzystwie. Ale jak raz nie założy pieluchy albo z czymś sobie nie poradzi… To takie śmieszne, anegdotyczne. Ludzie opowiadają sobie głównie anegdoty. Do tego dochodzi ta solidarność, więź mam. Ja, broń Boże, nie chcę antagonizować, bo nie o to mi chodzi. Myślę sobie, że to tak samo, jak faceci rozmawiają o kobietach – mimo że generalnie nie wszyscy są szowinistami, po prostu rozmawia się na różne tematy. Absolutnie zdaję sobie z tego sprawę, że być może jest winą facetów, że kobiety muszą sobie podwyższać swoją wartość i że oni sami zawinili krzywdzącej wobec nich opinii. To jest jedna rzecz. Druga rzecz – znam takich ojców, którzy są kochani, oddaliby wszystko… Są zakręceni. To chyba słowo, które najlepiej tu pasuje. Po prostu oddaliby za to dziecko życie, jakby trzeba było, odeszliby z pracy. Zrobiliby bardzo dużo. Ale jest taki moment, że człowiek ma na głowie siedem projektów. Nie bije tych dzieci, nie bije żony, nie jest ojcem patologicznym, ale jedzie do tego przedszkola, po czym się okazuje, że podjechał nie do tego przedszkola, potem jedzie do drugiego i tu się znowu okazuje, że to nie to przedszkole, w końcu dziecko mówi – to jest kolejna taka legenda – „Tatusiu, to zawieź mnie wreszcie do szkoły, bo obejrzeliśmy już wszystkie przedszkola”. Znam takich zakręconych rodziców. Wiem, że wiele tego typu sytuacji jest anegdotycznych, które się aż chce opowiadać. Więc może popularność takich przypadków albo ich atrakcyjność wynika właśnie z tego, że są fajne. Trudno mi mówić o ojcach, którzy w ogóle nie zajmują się dziećmi, bo ich po prostu nie znam. Do mojego programu zgłasza się wielu ojców – piszą albo chcą się nagrać. To niesamowite, jak pisze do mnie facet z Gdańska: „panie Krystianie, będę w Warszawie, chciałbym coś powiedzieć, bo nurtuje mnie pewna rzecz, a dobrze byłoby przekazać to ojcom”. I opowiada mi o tym, że podczas jazdy, podczas stania rano w korkach wyrzucamy z siebie tyle agresji, a potem dziecko idzie do przedszkola i pani przy odbieraniu mówi, że przez cały dzień mówiło do dzieci „ty debilu”. Gdzie to usłyszało? Usłyszało w korku, jak tata jechał i co chwilę poganiał, choć go nie słyszano. Przyjeżdża ktoś inny i mówi: „chciałbym coś panu opowiedzieć. Bo my od 15 lat robimy męskie wyprawy, bierzemy 5-6 ojców, nasze dzieci i jeździmy. Najpierw pod namioty, teraz dzieci już są starsze, to troszkę sobie poprawiliśmy warunki…” Ludzie się ze mną tym dzielą. To gdzie ja mam widzieć tych ojców, którzy nie zajmują się dziećmi? Ja ich nie widzę. Strasznie się cieszę z każdego „robi pan fajną robotę”. Bo myślę sobie, że może kilku ojców jakoś wyciągnąłem, nawet nie z niemocy, ale ze zwątpienia. Że taki ojciec czy tata zobaczy, że „przecież to nie trzeba wiele, wystarczy zrobić dwie-trzy fajne rzeczy i już się moja wartość, moja ocena w oczach dziecka poprawia, już się robi więź”. Z dziećmi naprawdę nie trzeba wiele. Tak jak powiedziałem, to, że zostawiamy im dobre ślady, powoduje, że te złe, które się zdarzają i będą się zdarzać, ulegną zatarciu. Naprawdę nie wierzę w takich ojców, którzy w stu procentach są mili, cierpliwi. Tzn. są tacy, znam takiego, ale to są moim zdaniem jakieś błędy systemowe. To jest niemożliwe. Natomiast my jesteśmy tylko ludźmi. Ale dając im te dobre fajne przygody, fajne wzorce, fajne chwile, wyciągniemy ich nawet z okresu słabszej relacji. Jeśli tylko poprawimy naszą relację z dzieckiem, ono to dostrzeże, na pewno. Gwarantuję i jestem w stanie się założyć. Mówimy o takich dzieciach od roku do dziesięciu lat. W tym wieku nie ma przypadków nie do uratowania. Absolutnie. Trzeba dbać przede wszystkim, żeby nie było sytuacji, w których tracimy więź, ale jeśli wydaje nam się, że się odsunęliśmy, z racji pracy, przypadków losowych – nie ma więzi nie do odratowania.

Od czego zacząć?

Wyobraźmy sobie ojca, który pracuje 12 godzin plus dojazd. Do tej pory było tak, że chciał w weekend odpocząć, więc praktycznie w ogóle się z dziećmi nie widywał. Załóżmy, że jednak dojrzał i uważa, że warto by się dziećmi zająć. Od czego należałoby zacząć?

Jeśli ktoś jest tak zupełnie niepozbierany, to rzeczywiście niech popyta kolegów. Myślę, że to, że fora ojcowskie robią taką furorę, to nie jest przypadek. Faceci potrafią sobie podsunąć świetne pomysły, dodając jeszcze do tego „to działa, zrobiliśmy tak”. Nawet czytałem już wpisy typu: „umówmy się, też jestem z Warszawy, zróbmy coś razem”. Naprawdę nie potrzeba dużo. W moim przypadku – chociaż tu akurat nie chodziło o wyciągnięcie relacji z dołu – wziąłem raz mojego syna, umówiliśmy się jeszcze z jego kolegą z klasy na placu zabaw, gdzie był piasek, wzięliśmy dwa korki od butelek i wróciłem do starej gry w kapsle. Wyrysowaliśmy trasę nogą, pokazałem im, co i jak i dzieciaki zaczęły grać. Ja się trochę odsunąłem, byłem sędzią. I to są takie momenty, które zostaną. Trzeba sięgać po wzorce z własnego dzieciństwa. Skoro myśmy to przeszli i jesteśmy dziś tu, to znaczy, że to działało. Żyliśmy w zupełnie innych czasach, mieliśmy podwórka, mieliśmy czas dla siebie. Gdybyśmy my pracowali tak dużo, jak kiedyś nasi rodzice, nasze dzieci byłyby bardziej samotne niż my wtedy. Bo myśmy wychodzili na podwórko, mieliśmy kolegów z klasy. Wracaliśmy ze szkoły w jakiejś paczce. A dzisiaj dzieci są zabierane ze szkoły do domu i już. Zobaczmy – jak my się od nich odsuwamy, to one zostają niesamowicie samotne. Do tego dochodzą nowoczesne technologie, komputery, smartfony itd. Tu się zaczyna problem. Pierwsza rzecz – spotkać się z dzieckiem tak sam na sam. Nawet jeśli się ma dwójkę, to próbować spędzić trochę czasu osobno. Bo widzę po swoich dzieciach, że są szczęśliwe, jak jesteśmy w czwórkę, ale są też wtedy strasznie pobudzone. Czują się swobodnie i pewnie. To jest fajne, bo to oczywiście wpłynie na ich charakter, że nie mają wielkiego stresu, nie są w chowane drylu żołnierskim, ale dla nas bywa to męczące. Natomiast jest zupełnie inaczej, jak jesteśmy w relacjach sam na sam. Ja z Tośkiem czy ja z Alicją, nie ma znaczenia, czy to jest chłopiec czy dziewczynka. Coś robimy. One są wtedy bardziej pomocne, bardziej przejmują odpowiedzialność za zadanie. Przykład – idziemy na zakupy. Dla nich zakupy też są zadaniem. Biorą to na siebie, mają wydzielone coś swojego. Dzieci to potem pamiętają. Pytasz wieczorem: „Co było fajnego?” „A, zakupy z tatą”. Wielokrotnie to słyszałem. Nie masz pomysłu, drogi tato? Codziennie ty lub małżonka odwozicie dziecko samochodem do szkoły? Jest sobota, wsiądźcie w autobus, pojedźcie sobie do miasta, przesiądźcie się w tramwaj, potem w metro. Będziecie ze sobą chodzić. Będziecie sobie opowiadać. Zobaczycie mnóstwo rzeczy, których na co dzień nie widzicie, bo stoicie w korku, bo zasuwacie gdzieś dalej i tego nie widać. Że jest defiblyrator w metrze. Można o tym fajnie opowiedzieć. O udzielaniu pierwszej pomocy. Tematy leżą na ulicy, wystarczy kupić bilet całodobowy i zrobić sobie wypad. Takie wypady robimy bardzo często. Byle pretekst, a czasami i bez pretekstu. Odebrać bilety do teatru gdzieś na Starym Mieście? Dla nas jest to podróż trzema środkami komunikacji. Dzieci są przeszczęśliwe. Naprawdę. I potem bardzo długo to pamiętają.

Wystarczy wykorzystać to, co jest pod ręką, z życia codziennego, nie trzeba kombinować.

Oczywiście, weźmy przygotowanie wspólnego posiłku. Na to też ojcowie piszący do mnie zwracają bardzo często uwagę. Teraz są truskawki – zróbmy koktajl. Dużo to nie wymaga. Jeśli jesteśmy odważni, dajmy dziecku jakiś niezbyt ostry nożyk do drylowania czegoś tam, proszę bardzo. Pilnujmy tego oczywiście, bądźmy przy tym, ale też nie róbmy tego za dziecko, tylko niech ono robi samo. Bądźmy z naszym dzieckiem przez godzinę razem. Ubrudźmy się, potem razem posprzątajmy kuchnię. Dzieci doskonale wchodzą w takie rzeczy. Wiedzą, że najpierw się przygotowuje, potem robi, a na końcu trzeba będzie posprzątać. Przecież to jest piękna lekcja na przyszłość. W każdej innej dziedzinie trzeba coś przygotować, zaprojektować, potem to wykonać, a potem jeszcze ten projekt doprowadzić do umownego wysprzątania. To jest proste jak drut. Nie trzeba żadnej filozofii życiowej. Wszystko leży na ulicy.

O tacie w radiu

Mam pytanie a propos tego, co robisz w radiu. W Projekcie Tata opowiadasz dużo o relacji ojciec-dziecko, co można robić z dziećmi, także o pielęgnacji itd. W jakim stopniu, gdy zacząłeś go prowadzić, był to projekt dla Ciebie, a w jakim dla innych ojców?

Czuję się trochę jak radiowy bloger. Kiedy zaczynałem Projekt Tata, to blogosfera w Polsce dopiero raczkowała. Były pierwsze blogi, blogerzy uczyli się pisać. A ja, trochę ich podpatrując, a trochę swoją dziennikarską drogą, robiłem to po swojemu. Dzisiaj te nasze profesje troszkę bardziej się do siebie zbliżyły. Aczkolwiek blogosfera, a przynajmniej jej część, poszła także w innym kierunku. Ale to nie miejsce, żeby o tym opowiadać. Na początku miałem mały problem z takim ekshibicjonizmem. Nigdy nie byłem typem gwiazdy, celebryty, który opowiada o swojej rodzinie tak ochoczo i gorąco, chwali się. Zresztą do tej pory staram się nie publikować zdjęć moich dzieci w internecie tak en face czy z profilu. To ma jedynie służyć jako ilustracja do czegoś, o czym opowiadam. Aczkolwiek wiadomo, że te dane i tak gdzieś tam wyciekają. Ale mniejsza z tym. Zwróciłaś uwagę na dobrą rzecz. Moim zdaniem jedno i drugie jest pięknie połączone. Z jednej strony robiłem to dla siebie. A z drugiej strony mam w sobie takie poczucie, że jak z kimś rozmawiam, to chętnie się podzielę: „słuchajcie, bo to fajne”. I też chętnie usłyszę od kogoś: „bo myśmy byli tutaj, to jest fajne”. To są po prostu rozmowy rodziców. Rodzice chwalą się między sobą, gdzie byli, co warto polecić. Pewnie, mogą sobie tego poszukać w internecie. Ale mogą też posłuchać w radiu, czemu nie. Chętnie im opowiem. A przy okazji mam wrażenie, a przynajmniej bardzo się staram, żeby ten rys prywatny dodał wiarygodności. Że nie przedstawiam recenzji filmu, że film jest o tym i o tym, same suche fakty. Mówię, że byłem, że tutaj dziecko się popłakało, tutaj krzyknęło „ach, ach, ach”. I wtedy słuchacz wie, że ja rzeczywiście na tym filmie byłem. Nie muszę mu opowiadać fabuły. Spoilerowanie jest dzisiaj słabym środkiem wyrazu. W ogóle nie wolno spoilerować. Zresztą tak mnie uczono dziennikarstwa – opowiedz, jaki był klimat, co się tam działo. W ten sposób dasz rodzicowi większy obraz, że jest to film dla czterolatka albo absolutnie się dla niego nie nadaje. Albo, że jest on też fajny dla rodziców, albo: „Drogi rodzicu, pójdziesz? Dzieci będą szczęśliwe – ty się wynudzisz. W ekstremalnych sytuacjach weź sobie słuchawki i posłuchaj w tym czasie audiobooka, siedząc obok, złapiesz tylko za rękę, jak będzie potrzebowało”. Ale oczywiście lepiej być i oglądać. Mówię o ekstremalnych sytuacjach, kiedy ktoś już naprawdę zupełnie nie ma czasu, ale jest w tym kinie. Mnie też się zdarzyło takie małe oszustwo – przyznaję się – ale akurat widziałem ten film drugi raz. Mówię – nie jestem ojcem idealnym. Natomiast nadając temu rys prywatny, pokazuję, że w tym uczestniczę, że to jest szczere, że tak było. Nie opowiadam o bajce o żelaznym wilku, bo coś tam od kogoś słyszałem, tylko, jeśli ktoś mnie do czegoś zachęca, staram się to potwierdzić w jakimś źródle albo z kimś porozmawiać. Mówię, że jest to opinia, nie zmyślam. Mówię „być może spróbujemy”, albo „ja jeszcze nie, bo Tosiek jest za mały”, albo „ja się obawiam”, albo „jeszcze nie widziałem, ale tata Marcin, tata Romek, tata Tomek polecają”. Zawsze badzo się cieszę z takich prywatnych spostrzeżeń tych ojców. Że nie tylko mi opowiedzieli, na czym to polega, ale też co im to dało, w czym to pomaga. Wtedy ta audycja staje się nie tylko moją prywatną audycją, ale też audycją taty Tomka, taty Marcina, taty Romka, ich rodzicielstwa. Wciągamy w to więcej ojców. Wtedy wzmacnia się we mnie to poczucie, że właściwie jest nas więcej. Że nie ma już tego świata, że ojcowie są gdzieś tam daleko, że jest nas tylu, że to strasznie fajne. I ciągle podkreślam – nie chodzi, o antagonizowanie tego z mamą. Może ciągle musimy doszlusować do tego poziomu mam, bo one w blogosferze też były dużo wcześniej niż ojcowie. Dużo szybciej w to weszły. To też jest ciekawe, dlaczego, prawda? Poza tym, że zajmowały się dzieckiem, znalazły czas na blogowanie. To temat na zupełnie inną rozmowę. My jesteśmy gdzieś za mamami, ale fajnie to ciągniemy. I korzystajmy też z doświadczeń mam, absolutnie. To nie jest tak, że te informacje wysysamy z palca. Przecież wiele z nich to doświadczenia, które podpatrujemy u mam, koleżanek, przyjaciółek z pracy, itd. A że ma to taki sznyt ojca? Dzisiejszy świat potrzebuje jakiegoś szablonu, symbolu, brandu, firmy. Dlatego trzeba w coś to ubrać, jakoś nazwać. Ale przecież jesteśmy wszyscy razem. Jesteśmy grupą, współzawodnikami, takimi naturalnymi. Jedziemy na tym samym wózku. Od naszych dzisiejszych zadań zależy, co będzie za chwilę. Mówi się „małe dziecko – mały kłopot, duże dziecko – duży kłopot”. Jaki kłopot? Po co to nazywać kłopotem? Po prostu zadanie. Jest zadanie i tyle. Jak ktoś się decyduje na dziecko, musi być tego świadomy.

To chyba jest dobra puenta na koniec. A czego Ci życzyć z okazji Dnia Ojca?

Żeby doba miała 30 godzin a organizm potrzebował tylko 5 godzin snu. 😀

🙂 To tego, Ci życzę. Bardzo dziękuję za rozmowę 🙂

To ja dziękuję, zrobiłaś mi wielką frajdę.

Bardzo mi miło 🙂

***

A wkrótce ukażą się także wywiady z Tomkiem z Tasty Way of Life i Rock Daddy. Zapraszam 🙂

Related Post

Share

8 odpowiedzi do “Z dziećmi naprawdę nie trzeba wiele”

  1. Miałam 3 cesarki, juz kiedy urodził się pierwszy syn miałam w mężu ogromną pomoc. Zresztą to on zawsze od początku kąpał chłopców 😉 Nie bal sie, był mniej spanikowany niż ja

  2. Bycie tatą to praca na pełen etat. Obecnie coraz częściej ojcowie sami wychodzą z inicjatywą wszelkich prac oraz opieki nad dzieckiem. Choć czasem z perspektywy mamy wygląda to nieporadnie, to warto dać mu szansę, tak budują się relacje tata-dziecko.

  3. Bardzo to fajne, że są tacy ojcowie, jak bohater Twojego wywiadu, którzy tak świadomie podchodzą to tej roli. Że chcą być ojcem, mają jakiś pomysł jak nim być i pomysły, jak spędzać z dziećmi czas i że mogą to robić. Jest to po protu świetne. Z całej długiej wypowiedzi bohatera można to wywnioskować. Niemal w każdym wątku słychać – chcę być ojcem 🙂
    A jeśli chodzi o te stereotypowe obrazki, które przedstawiają ojca, jako niezdarę, który nie potrafi dziecku ubrać butów na odpowiednią nogę. To wydaje mi się, że kiedyś tak było i miały one sens. Ale teraz się wszystko zmieniło i pomału tracą znaczenie, choć można się pośmiać. Podobnie, jak obrazki związane z futbolem. Kochanie – oglądam mecz, nie pytaj, którzy to nasi, i co to jest spalony. Lepiej zadbaj o zimne piwo. Przecież kobiety w równym stopniu oglądają mecze, jak kobiety i te memy też już oglądamy z przymrożeniem oka 🙂
    Ps. Świetna rozmowa i jak profesjonalnie zrobiona, wow. Jestem pod ogromnym wrażeniem 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *